Winnica na wulkanie

Wróciłem z Południa. Nie z tropiku (choć parnoty i żaru słonecznego nie zabrakło), nie z Karaibów (choć koloryt lokalny sycił duszę równie tęgo). Żadna więc Dominikana, czy kolumbijskie wybrzeże. Za to, Polska. Zamiast ośmiu tysięcy kilometrów, może niecałe pięćset. Zamiast Santo Domingo – Jelenia Góra. Nie Río San Juan w prowincji María Trinidad Sánchez, lecz Sokołowiec na dolnośląskim Pogórzu Kaczawskim. Ale i tak byłem szczęśliwy. Rozradowany, zaciekawiony, w emocjach. Bo „u siebie”. Przez bity tydzień. W krainie wciąż żywych wspomnień, w cudownościach krajobrazowych i przyrodniczych; niedaleko Złotoryi – miasta u stóp Wilczej Góry, gdzie urodziłem się; dość blisko Pogwizdowa – mojego „dolnośląskiego Macondo”; wsi, gdzie kiedyś żyli moi dziadkowie i gdzie w dzieciństwie spędzałem każdy wolny czas.

Dobrze było zjawić się znowu w tamtych rewirach. I wędrować, odkrywać nowe „mety”, przypominać sobie stare, patrzeć na to wszystko wokół z zachwytem, z niejakim rozczuleniem. Schodziliśmy porządnie kulasy. Ja, Kinga, Raquel. Nieraz coś się odparzyło, kopytka nabrzmiały, albo tchu zabrakło, kiedy z nieba lał się całkiem południowy żar. Łącznie przewędrowaliśmy prawie osiemdziesiąt kilometrów. Sokołowiec, Rząśnik, Lubiechowa, Proboszczów, Świerzawa, Rzeszówek, Sędziszowa, Dobków, Stara Kraśnica… Bazę wypadową zrobiliśmy w Sokołowcu. I to jaką bazę! Winnicę! Połączoną z agroturystyką. Za dnia zdzieraliśmy więc nogi na drogach, dróżkach i drożynach, ścieżkach polnych i leśnych – żłopiąc hektolitry wody i skubiąc dzikie jeżyny. Wieczorem – pełna kultura – sączenie wina. Poza tym, stuprocentowo domowym jadłem rozpieszczała nas pani Irenka. Kobieta z charakterem. Na pewno – osobowość. I to wszystko w „Agacie”.

Winnica Agat w Sokołowcu

Winnica i Agroturystyka Agat w Sokołowcu

Winnica i Agroturystyka Agat w Sokołowcu

Prawda. Wino było. Można powiedzieć – wszędzie. Też w imieniu przeuroczej, trzymiesięcznej suczki (Chianti), też w haśle do wifi. Zawsze jakieś, zawsze dobre. Białe, czerwone (tu mój faworyt – Rondo 2017 wytrawne), lub różowe. Codziennie degustacja wina. Na „własną rękę”. Albo w czasie przyjemnej ekskursji po winnicy. Pan Marcin Kucharski, właściciel „Agatu” to winiarz pełną gębą, albo lepiej rzec – winiarz całym sobą. Człowiek z niego niebywale sympatyczny, wyluzowany, niewątpliwie o usposobieniu „południowca”, na czym wszyscy zyskują. O historii winnicy, szczepach winogron, procesie kreacji wina, macerowaniu, butelkowaniu, etc. opowiada z pasją, zaangażowaniem, ale szczerze, bez ściemy. Nie tworzy mitów. Nie tuszuje winiarskich porażek. Swój gość. Mówi, jak jest, jak było.

Białe wino. Winnica Agat w Sokołówcu

Jeśli szpaki, czy inne skrzydlate cwaniaczki rzuciły się jednego roku na dojrzewające grona i opędzlowały je, to winiarz miał nauczkę. Bo zapomniał o szpakach. A miał przecież sto innych spraw na głowie. No, a szpaki są sprytne. Wiedzą, gdzie bonanza. Siądzie taki delikwent – zwiadowca na drucie wiszącym nad winnicą i podleci tu, sfrunie tam, skubnie, popróbuje, przekona się, wybada czy bezpiecznie, potwierdzi, że „strachy na lachy” i zaraz skrzyknie chmarę kolesiów, czy gang szpaczych koleżanek, którzy w trymiga runą na zdobycz i splądrują winnicę sycąc swój szpaczy apetyt. Jak to mawiał Ian Malcolm w „Parku Jurajskim” – „natura zawsze znajdzie sposób”. Można winnicę chronić. Setki metrów siatki ochronnej rozwinąć. Krzewy pozasłaniać. Ale są ptaszki, już przez pana Marcina rozpracowane, które potrafią wlecieć pod siatkę i swoje zrobić. Powtórzmy: „natura zawsze znajdzie sposób”. Oto codzienność winiarza. Nie taka romantyczna. Ale też nie taka, której nie można znieść. Właściciel „Agatu” z ekipą dają radę. Wino wspaniale się leje.

„Pan taki opalony!”, mówię panu Marcinowi. Bo opalony, jakby z tropiku zjechał. Równo, po całości. I widać, że ta opalenizna nie wzięła się z bezruchu, nie z odpoczynku na leżaku. I myślę, że choćbym się tu wystawiał, jak nie wiem co do słońca i lico prażył maszerując przez pola w spiekocie; choćbym wina czerwonego opił się po korek, albo i przy niespiesznym wiązaniu butów puściłbym do głowy więcej krwi, to taki opalony, tak fest, rasowo ogorzały, jak pan Marcin – z tego Pogórza Kaczawskiego nie wyjadę.

Wtedy pan Marcin odparł krótko: „Zapraszam do pracy w winnicy…”.

Winorośl. Winnica Agat. Sokołowiec.

Winnica Agat na stoku wygasłego wulkanu, w Sokołowcu, Pogórze Kaczawskie

O to chodzi. O pracę właśnie. O ludzką szczerą robotę na łonie matki natury. Na trudnym łonie. To, że winiarze nie mają łatwo – wiadomo. Trzeba te tysiące sadzonek winorośli wsadzić w ziemię. O wszystko zadbać, o wszystkim pomyśleć. Oczywiście, to nie możliwe. Co pan Marcin z rozbrajającym śmiechem demaskuje. Zawsze coś. Jak nie aura, to szkodniki, albo brak wiedzy, doświadczenia, właściwego wyczucia. Bo winiarze uczą się cały czas; uczą się na błędach, doznają rozmaitej sromoty, los kłuje ich raz po raz, sypiąc plagami. Gromadzenie bazy mądrości zajmuje winiarskiej rodzinie lata, dziesiątki lat, dekada po dekadzie. Pan Marcin dodaje, że ogarnianie tego ze skutkiem zebrania jako takiej wiedzy eksperckiej może zająć… sto lat. Po tej nowince, wybuchu śmiechu i łyku wina, którego obecność jeszcze bardziej się docenia – pada przykład rodzin francuskich, które swój „winny kapitał” budowały przecież od pokoleń, żeby nie powiedzieć, od wieków.

Winnica „Agat” pana Marcina jest bardzo młodziutka. Nie ma piętnastu lat. W skali „winiarskiego czasu” to wciąż „bezzębny osesek”. Ale za to, szkrab ten ma charakter, zdrową ruchliwość, aspiracje i rozwija się w jednej z najpiękniejszych dolnośląskich okolic – na Pogórzu Kaczawskim. Są winnice i winnice. Przeważnie cieszą oko – jakimś porządkiem, symetrią, rozbuchaną paletą zieleni. Zwiastują coś delikatnego, poetyckiego. Albo obiecują nieposkromioną radość bachanaliów. Co kto woli. Ale Winnica „Agat” ma coś jeszcze. Jest spektakularnie położona! Ale jak! Mili państwo – na stoku wygasłego wulkanu! Zapamiętajcie – w Sokołowcu! Jako jedyna taka w Polsce! Mało tego, leży w „Krainie Wygasłych Wulkanów”. O czym możemy przekonać się wspinając się po stoku i zatrzymując na jego szczycie, pod brzózkami, uważając by nie zdeptać gdzieniegdzie rozpanoszonych na dziko pieczarek –  w miejscu, które pan Marcin nazywa bez żadnej przesady swoim „kontemplacyjnym zaułkiem”. Mówi, że za każdym razem, kiedy winnica daje mu w kość przychodzi tam z butelką wina i szuka wyciszenia.

I chyba znajduje, bo widok z tego winiarskiego stoku to jednej z najcenniejszych bonusów „Agatu” – tak dla właściciela, jak i jego gości.  Z oddali (będzie z pięć kilometrów w linii prostej) spojrzenia kontemplatorów przyciąga swą mocą i dostojeństwem – Ostrzyca Proboszczowicka. Wysoka na pół kilometra. Króluje na horyzoncie. Chwali się burzliwym wulkanicznym (a jakże!) rodowodem sięgającym milionów lat. Ze względu na swą niemalże stożkowatą aparycję i niejakie podobieństwo do najsłynniejszej góry Japonii, zwana jest „Śląską Fudżijamą”. Fantastyczny kawałek krajobrazu. Niezapomniany. Kiedy napatrzymy się na Ostrzycę –  szczególnie przy słońcu schodzącym na fajrant, bo wtedy jarzący się kolorami pejzaż wzmaga swą baśniowość – możemy iść dalej wino pić.

Winnica Agat w Sokołowcu

Schodząc z najwyższego punktu winnicy widzimy czasem usypane na uboczu hałdki kamieni o rożnych, nieregularnych kształtach, różnej wielkości, choć przeważnie rozmiarów przynajmniej zaciśniętej pięści; w kolorze brunatnym, czy podobnym. Wszystkie zostały wykopane z gruntu podczas sadzenia winorośli. To opór rozdrobnionej, wulkanicznej masy, zaszytej pod miękką powierzchnią ziemi, będącej tu przekleństwem winiarzy. Opór czyhający na człowieka i na jego narzędzia: szpadel, kilof, albo młot pneumatyczny. Człowiek, choć z mozołem, pokonuje ten opór. Dowodem wiktorii są te brunatne hałdki, lecz przede wszystkim rosnąca w siłę winnica. Pytam pana Marcina, czy mogę sobie wziąć jeden taki wulkaniczny kamień? W odpowiedzi słyszę, że nie muszę się krępować, że do wzięcia jest ich jakieś sześć tysięcy…

W końcu zapomniałem i pamiątki z Sokołowca nie zabrałem. Może poproszę o wysłanie pocztą. Jednej sztuki. Jednej! Albo nie – wrócę tam. Do tej winnicy na wulkanie…

Winnica Agat w Sokołowcu, ujęcie ze stoku z widokiem na Ostrzycę Proboszczowicką

 Winnica i Agroturystyka Agat w Sokołowcu

 
„Śląska Fudżijama” widziana z Winnicy „Agat”

 

Serdeczne podziękowania dla pana Marcina, pani Arlety i pani Irenki.

Warto odwiedzić, przenocować tam, wina popić, wino kupić, życiem się nacieszyć, odetchnąć:

Winnica & Agroturystyka Agat
Sokołowiec 113, 59-540 Świerzawa
Województwo Dolnośląskie

Udostępnij artykuł na:
2 Odpowiedzi
  • Katarzyna
    Sierpień 28, 2020

    Bardzo soczysta opowieść. Jak te winogrona mieniące się w słońcu polskiego Południa 🙂 Zachęca by pognać na Pogórze Kaczawskie dla jego walorów przyrodniczych, jak i na degustację wina. Przepiękne zdjęcia!

    • caribeya
      Sierpień 28, 2020

      Dziękuję! 🙂 Tak. Rewiry Pogórza Kaczawskiego magnetyzują. Rychły powrót konieczny!

Pozostaw odpowiedź caribeya Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *