Wiza do zombiestanu

Można „wygooglować” nazwisko Clairvius Narcisse, aby poczytać historię pewnego zombie. Nie chodzi o żadnego popaprańca gustującego w mózgach swych ofiar, żadnego kiczowatego zgniłka, czyli monstera na hollywoodzkim wybiegu. Nie. Chodzi o egzemplarz w każdym calu oryginalny, rzec można, z krwi i kości, pochodzący z Haiti, miejsca na planecie, jakie nieodmiennie kojarzy się z legendą żywych trupów. Coś musi być na rzeczy, skoro zmarły facet, jakiego w bólu pogrzebano prawie dwadzieścia lat wcześniej, wraca do rodzinnej wioski, staje przed własną osłupiałą siostrą i mamrocząc fakty z dzieciństwa daje się w końcu jej rozpoznać. W Dominikanie spotkałem kiedyś Haitańczyka, którego zapytałem o te zdarzenia.

Haitańskie bohomazy na piątkę

Było wczesne, deszczowe popołudnie w Las Terrenas. Z szarych i zbitych chmur spadały krople wielkie, jak pestki awokado. Niewiele wskazywało, że za godzinę, czy dwie coś się zmieni. Głupiejesz w tym kraju, jak leje, bo co wtedy robić? Przed oczami stanął mi Javier, boy hotelowy z Santo Domingo, notoryczny donżuan. Pouczył mnie kiedyś z szelmowskim uśmieszkiem, że „są takie rzeczy amigo, które przy słońcu i przy deszczu możesz robić.”

Rozdrażniony koczowałem pod wiatą, która musiała należeć do przyplażowego klubu disco. Słyszałem jakieś szmery. Dochodziły ze stojącej obok donicy z agawą. Zajrzałem pod jej mięsiste liście. A tam tycie jaszczurki wyczyniały orgię! W plecaku odezwała się cykada, dostałem wiadomość: „Rok temu też lało, pamiętasz?” Jakiś pech prześladował mnie w Las Terrenas, docierałem tam zawsze nie w porę.

Pod wiatą nie byłem sam. Kilka metrów dalej rozłożył sztalugę z resztą ekwipażu niby artysta-malarz. Obstawiłem, że to Haitańczyk. Jemu pogoda nie przeszkadzała. Ze spokojem nakładał farbę na płótno, pogrążony w twórczym skupieniu. Skrzywiłem się na widok palm chłostanych deszczem przy nabrzeżu. Pomyślałem, że przynajmniej zagadam do człowieka. Może jest okazja, aby poznać jednego z tych haitańskich malarzy, prymitywistów, których twórczość podrabia się w Dominikanie na akord. Potem trafia do turystów, jako egzotyczny souvenir. Dominikańczycy też mają własne malunki, też oddają hołd kilku swoim natchnionym pejzażystom. Ale to Haitańczycy urodzili się, by malować, by w ogóle tworzyć, bo Haiti to niepojęty kraj twórców!

Na ich talencie poznał się w 1943 roku Amerykanin, Dewitt Peters. Przyjechał na wyspę, aby uczyć angielskiego. Po godzinach hulał rowerem po okolicznych wioskach i patrzył, jak ludzie żyją. Tak odkrył prymitywistów. Niektórzy malowali kurzym piórem, bo nie stać ich było na więcej. Ale okazało się, że malowanie szło im tak dobrze, że spodobało się w Nowym Jorku! Dewitt Peters założył Centrum Sztuki w Port-au-Prince i haitańskie malarstwo trafiło do świata.

Malarza złe spojrzenie

Co señor maluje? – zagaiłem niezbyt wymyślnie.

Wystarczyło zerknąć. Naiwne pagórki, naiwna łąka, naiwny kwiat przy kwiecie, szaleństwo barw. Nie odpowiedział, tylko przekręcił się wolno w moją stronę, wrzucił pędzel do kubka z wodą i uniósł głowę. Wtedy jednym rozmytym spojrzeniem sprawił, że poczułem się grubo nieswojo. Wpatrywał się we mnie dobrych kilka sekund, nim cokolwiek powiedział. Struchlałem. Oto masz chłopie Haiti, jak na dłoni, Haiti, jakiego ci było trzeba? Wpadłem w pułapkę. Malarz przestał udawać malarza i zmienił się w moich oczach w bokora. Taki nie rozpieszcza swych ofiar. To spec od czarnej abrakadabry, od wudu, tego gorszego, diabelskiego, bo jest też wudu dobrze rokujące, choć nie tym razem. Byłem bezsilny. Czekała mnie… „wiza do zombiestanu”.

„Nie rozumiem zbyt dobrze, co do mnie mówisz po dominikańsku” – wycedził te słowa mozolnie po angielsku, z ciężkim, jak walec akcentem – „I am Haitian…

Czyli pomyślał, że jestem Jankesem, bo prędzej odezwałby się po francusku. Pewnie już szacował, czy dawka proszku, jaki trzymał we fiolce na dnie kieszeni zmieni „Amerykanina” w przykładnego żywego trupa. Zamiast wyrywać stamtąd byle dalej, co pewnie skończyłoby się tak, jak w sennych koszmarach biegiem w krochmalu, rzuciłem dziwnymi pytaniami. Po kreolsku pan mówi? Jest pan z Port-au-Prince, albo z Gonaïves, czy może z północy, z Cap-Haïtien? Ale po co pytałem o kreolski? W tym języku umiem powiedzieć: dziękuję, proszę, przepraszam. Nieraz zagrożenie sprawia, że człowiek próbuje być kompetentnym wariatem. Bokor zareagował ochrypłym śmiechem. Tak lepiej. Wolałem upalonego marychą Johna Lee Hookera, albo Muddy Watersa. Lekko się rozluźniłem, choć nadal nie wiedziałem, co mnie czeka.

Haitańczyk, Polak – dwa bratanki

„Mówię po kreolsku, to prawda. Jestem z Port-au-Prince, to prawda.” – kontynuował po angielsku.

Francuski też znał. Przyszło mi do głowy, że tym wybuchem wesołości nagrodził mnie za jakąś wiedzę. Ten „amerykański’ turysta, wie cokolwiek o Haiti. Może to mnie uratowało. W każdy razie, zaczęliśmy po ludzku rozmawiać. Kiedy zdradziłem skąd jestem, ożywił się, co wprawiło mnie w zdumienie. Nagle zeszliśmy na temat Polaków walczących w oddziałach napoleońskich na San Domingo w XIX w.!

Było tak, że Bonaparte wysłał polskich wiarusów na Antyle, aby pomogli stłumić powstanie Czarnych w zamorskiej kolonii. Ponoć wielu z naszych odrzuciło zaborczą, napoleońską wizję. Wybrali walkę o wolność po stronie Czarnych powstańców. Ten romantyzm uratował ich od niechybnej egzekucji, jaka później spotkała przegranych. Postawa Polaków na tyle spodobała się wielkiemu wygranemu Jean-Jacques Dessalines’owi, że nadał im specjalne prawa w ogłoszonej przez siebie konstytucji. Polacy zyskali swobodę osiedlania się na terenach nowo powstałego państwa. Część opuściła wyspę, bo nie służył im zabójczy klimat. Inni znieśli trudy tropików i skorzystali z nadanej swobody. Ich potomkowie żyją skromnie do dziś w haitańskim interiorze; mają ciemną skórę, ale błękitne oczy, rysy jakby bardziej słowiańskie. Co więcej, są świadomi swego pochodzenia.

Mnie natomiast trafił się ktoś więcej, niż malarz-prymitywista, ten człowiek za sztalugą był kiedyś nauczycielem w swoim kraju, teraz zarabiał malowaniem. Nazwiemy go Profesorem.

Zombie są wszędzie

Kiedy dalsza rozmowa, tym razem o stosunkach dominikańsko-haitańskich zaczęła tracić impet, uznałem, że chyba już czas, aby przejść do sedna moich haitańskich fascynacji i zapytać o… zombie. Respons nastąpił z grubej rury, ale chyba mnie nie zaskoczył.

„Zombie są wszędzie!„

Od razu przeniosłem umysł jakieś osiem i pół tysiąca kilometrów na wschód, gdzieś w okolice Pałacu Kultury i Nauki, przyznając rację memu rozmówcy.

„Zombie mogą być tutaj, w Las Terrenas…” – kontynuował – „Jeśli zrobisz źle swojej rodzinie, albo zrobisz źle sąsiadowi to oni sprawią, że staniesz się zombie. Wykluczą cię z wioski. Zombie nie ma wolności, nie ma wolnej woli. Zombie chce umrzeć, ale nie może. To kara…” – spojrzał na mnie i powtórzył – „To kara…”

Gdybym stał się zombie to, czy włóczyłbym się po polach, albo harował w otępieniu, jak niewolnik na czyjeś plantacji trzciny cukrowej? Czytałem o tym…

„To tylko opowieści. Na trzcinowym polu w Dominikanie, czy poza nim spotkasz żywych Haitańczyków i daleko im do zombie. Choć ich wygląd mówi co innego…” – na moment zawiesił głos.

Miał na myśli los bateyes, robotnicze kolonie, położone blisko plantacji trzciny cukrowej, gdzie mieszkają głównie haitańscy macheteros, pracujący przy zbiorach. Przebywają tam również całe haitańskie rodziny, zmieniając te miejsca, często bez zaplecza sanitarnego, w osiedla ludzkiej nędzy. Widywałem los bateyes w różnych częściach Dominikany, sprawiały przygnębiające wrażenie, szczególnie poza sezonem, gdy brakowało pracy, a robotnicy musieli przetrwać do kolejnych żniw.

Kiedy Profesor wrócił do rozmowy, podjął nowy, intrygujący wątek, jakby wyczuwając moje intencje.

„Chodzi o to, że w Haiti ludzie nie boją samych zombie, za to boją się nimi stać. Rozumiesz? Nie jest straszna śmierć. Tylko to, co może nastąpić później. To jakby strach, że nie umrzesz… do końca. Takie jest Haiti.”

Od razu nawiązałem tu do znanego w świecie przypadku „żywego trupa”, dokładnie made in Haiti.

A ten „wasz” człowiek, Narcisse jak mu tam, ten którego BBC przyjechało kiedyś filmować – czy on miał szczęście? Po prawie dwudziestu latach od własnego pogrzebu wrócił do rodzinnej wioski…

Profesor kojarzył, o czym mówię.

„Ten miał szczęście, bo uciekł…” – podsumował.

Uciekł? Przed czym? Uciekł skąd? Poza tym, jak to możliwe, że ucieka ktoś, kto nie żyje, kto ma leżeć w grobie, bo taka jest kolej rzeczy. Jeśli już, to przed śmiercią mógł uciec i to dawno temu. Niekoniecznie z własnej woli. Lecz tylko dlatego, że ktoś inny tego chciał. I pomógł mu „nie do końca umrzeć”? – zasugerowałem.

Nastało dłuższe milczenie.

Odpowiesz za „proszek zombie”

„Bo widzisz, w Haiti mówi się o dobrym i złym wudu…” – zaczął mój niezwykły rozmówca – „a złe wudu przyciąga złych kapłanów. I mówi się, że kapłan od złego wudu robi czasem coś z ludźmi…

Zombifikuje ich?

„Tak mówią…”

Sam wybiera ofiary, czy dostaje zlecenie?

„Czasem mu się płaci, aby się kimś zajął…”

Obecnie takie skrajne praktyki powiązane z haitańskim folklorem uznawane są formalnie za przestępstwo. Artykuł 246 kodeksu karnego Republiki Haiti traktuje o czynie kryminalnym, jakim jest otrucie innej osoby w celu pozbawienia jej życia. Przy czym, artykuł ten jakby rozróżnia dwa rodzaje skutków działania trucizn. Najpierw, przez otrucie rozumie się świadome podanie ofierze w jakikolwiek sposób, jakiejkolwiek substancji trującej, co w konsekwencji może prowadzić do zgonu. W drugim przypadku, sprawy znacznie się komplikują, gdyż „pozorny zgon” ofiary może okazać się jedynie… początkową, a nie ostateczną konsekwencją otrucia. Jak miał powiedzieć kapłan Lucien Celine w filmie „Wąż i tęcza” Wesa Cravena – „Whatever happens, death is not the end”. Dla lepszego efektu warto przytoczyć odpowiedni fragment Artykułu 246 w oryginale. „Si, par suite de cet état léthargique, la personne a été inhumée, l’attentat sera qualifié d’assassinat.” Wystarczy minimalne skupienie, bez znajomości języka, aby z tego ciągu francuszczyzny wyłowić coś, na kształt słowa „letarg”, albo dokładnie letargiczny (léthargique), co już jest osobliwością samą w sobie. Jeśli więc z powodu tego letargu osoba zostanie pogrzebana, czyn będzie klasyfikowany, jako morderstwo. W zasadzie ten artykuł bije prosto w zombifikację. Powtarzając za Profesorem – „takie jest Haiti”.

A co takiego tamten aplikuje ofiarom, że potem chodzą tym swoim słynnym krokiem, całkiem zamroczeni, bez celu, bez świadomości? Serwuje im koktajl z narkotyków? A może dostają ten legendarny zombie powder, proszek zombie?

„To są amerykańskie filmy, człowieku!” – odparł niby obruszony.

Ale ta historia z proszkiem jest ciągle na topie, trzeba przyznać, działa na wyobraźnię! A proszek sam w sobie, też działa, jak to z nim jest? Istnieje, czy nie? – trochę naciskałem.

„Mówią, że po Haiti krążyły od zawsze dziwne lekarstwa…

Czyżby takie „lekarstwo” zażył ten Narcisse? I zniknął? Gdzie bywał przez tyle lat? Mógł przecież obejść całe Haiti ze sto razy, zajrzeć do każdej chałupy, w każdej wiosce… Co się z nim działo?

„Nie mam pojęcia, my friend. Ale to mogło być złe wudu. To było złe wudu!

Na koniec spytałem Profesora, czy sam jest praktykującym wuduistą?

„Tak, to religia mego narodu. W Dominikanie mieszka wielu Haitańczyków, tutaj także praktykujemy…

Trochę niepoważnie, ale jednak zaryzykowałem, dopytując jaki „kolor” ma to wudu – jest białe, czy czarne? Spojrzał na mnie tak, jak przed dwoma godzinami, potrzymał w niepewności przez złowróżbną chwilę i wreszcie wyszczerzył zęby w uśmiechu.

„Chciałbym jeszcze dokończyć ten obraz, więc może pogadamy wieczorem…?”

Nie potrafię sobie przypomnieć, co robiłem tamtego wieczoru…

Powyższy materiał opublikowałem również na goforworld.com

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *