Wyciąg z baby ślimaka

Miałem w Dominikanie bojowe zadanie, miałem pójść do supermarketu i nabyć krem ze ślimaka: baba de caracol. Tego sobie zażyczyły moje Dziewczyny, bo skoro już tam jestem to mogę się wystarać o jakiś użyteczny souvenir, a nie tylko zwozić fetysze z Małego Haiti i figurki bożków z grymasem zaparcia na twarzy. I nie chodzi o jakieś francuskie kulinarne wariacje na dominikańskim stole, ale o urody konserwację…

W celu uskutecznienia misji, płynę w pocie czoła za głosem Syreny (La Sirena) w Santo Domingo, i wpadam do jej sieci w jednym z centów handlowych, gdzie całe mydło i powidło zalega na dwóch piętrach, i zaczynam od rozpoznania terenu. Na dzień dobry, albo na buenos días, w sektorze spożywczym biorę ze dwa litrowe rumy, abym jakoś wyglądał, objuczony po męsku, bez żartów, gdy już dotrę w babskie rewiry. Godnie wzmocniony zaczynam kluczyć po rozległym parterze, już między rzędami uginających się półek z kosmetyką wszelaką, preparatami, esencjami i mazidłami sortu rozmaitego, którymi się wiara latynoska płci obojga ciągle polepsza, zabiegając o niegasnący powab, i tak się snuję, mijam talki czy balsamy, jakieś maści, jakieś pudry, pianki, wianki i skakanki, i wreszcie przy żelach do prostowania włosów gubię się…

Ślimak, ślimak schowaj rogi, daj mi śluzu, mój ty drogi…

Gdyby ten uparty brzuchonóg, jakiś ślad chociaż zostawił, ale gdzie tam, wszędzie posucha. A mówią, że to właśnie ma w zwyczaju robić, paprać wszystko lepkim szlamem. Przynajmniej, tak to klarował Lucyfer de Niro detektywowi Rourke’owi w „Harrym Angelu”. Dobra scena – może pamiętacie? A że de Niro nie miał wtedy ślimaka pod ręką to Rourke’owi rzecz na jajku pokazał. Nie na swoim, na kurzym, gotowanym. Wziął je i do talerza czarcią grabą docisnął, przewalcował od skraju do skraju tak, że jajeczko się poddało i wilgoci popuściło. Co innego u mnie, to znaczy u ślimaków, które tropić próbuję. Żadnego śluzu, żadnych wilgotnych smug ani na podłodze, ani na żadnej ścianie w pobliżu.

To kiedy już nie wiem, gdzie mam iść za tym ślimakiem, idę po pomoc do señority, cynamonowej Mulatki, w koszulce takiej fest wypukłej, która mówi, że señorita tutejsza i ładnie odchowana, i z logiem takim, że wiadomo, że señorita to sklepowa i pewnie wie, gdzie znajdę to, co mi znaleźć i kupić polecono. I rzeczywiście, zbawczyni moja z praktyki wiedziała, gdzie ślimaki zostawiają śluz i mnie tam zaprowadziła, ale po drodze zdążyła dziwnie zlustrować, i nie wytrzymała, i skomentować musiała, że to, czego chcę, to jest raczej dla kobiet! To ja jej mówię, że wiem, że dla kobiet, ale za wymowną kpinę z równouprawnienia, rzucam jej chore spojrzenie Buffalo Billa z „Milczenia owiec” w stylu „niech włoży krem do koszyczka” i żądam satysfakcji.

Ponieważ w reakcji nastaje niezręczne milczenie tychże „owiec”, to odpuszczam psychodramę i do reszty klaruję, że ten ślimak, to idzie dla moich kobiet, na wyproszone podarki, dlatego się tu kręcę. Wtedy usta jej rozeszły się w niesfornym uśmieszku i już bez obaw, że właśnie wspomogła dewianta, poszła innym klientom doradzać, kremy czy żele wybierać.

A ja od razu rzuciłem się na ślimacze lubricatio, jak Olo Jedlina na Polo Cocktę w „Kingsajzie” i ślizgiem do kasy. Przyznam, że nakładłem śluzu do koszyka, jak cwany prywaciarz, który pchnie to z niezłą przebitką na festynie podczas Nocy Kupały. I potem śluz ten do walizki na klucz, do samolotu, i do kraju na Wisłą, aby świeże zamówienie dostarczyć, szybciej niż ten cały FedEx. No i udało się, a że śluzu nawiozłem co niemiara, bo i do włosów, do ciała, do lica, to go jeszcze dość zostało, i stoi w domu na wykończeniu, między łazienkowymi akcesoriami.

I raz nie wytrzymałem, zakręciłem się koło tego śluzu, zwąchałem, czy aby nie zalatuje obmierźle, i też go sobie dałem kapkę na twarz, i rozprowadziłem fachowo, normalnie, jakbym znienacka mięczaka za mobilną daczę na plecach capnął i przejechał sobie jego wilgotnym, śluzowatym spodem, po gębie a solidnie. Nie w głowie mi takie perwersje, ale nawiasem mówiąc, gdzieś wyczytałem, że ludzie, jak ich przypili, to podobne koncepty wdrażają. Zamiast płacić za żele czy kremy ze szlamu ślimaka, robią nalot na własny trawnik i pacyfikują tam kolonię tych sierot zawilgoconych i się nimi „leczą”, przykładając w różne miejscach ciała; na rany, blizny, na trądzik, cellulit, rozstępy, zmarszczki, ogólnie na skórę, po całości.

Nie wiem, jak dokładnie działa to magiczne ślimacze mazidło, napchane alantoiną i kolagenem i czym tam jeszcze, i dlaczego jest znośne mimo zapachu czegoś, co mogło być rarytasem w PRL’u, jak nie poleżało za długo w cieple, ale gęba mi się po tym lepiej trzyma, słowo daję. Zawsze kładę sobie „babę” na twarz po goleniu. O czym pisałem wyraźnie w przewodniku „Dominikana”, żeby faceci używali! Bo działa!

Odkąd pamiętam gęba mi się paliła po żylecie. Ale przyszedł ślimak i problem zniknął. Raz, gdy „babę” chwyciłem za rogi, aby się „nią” potraktować, to już na samej gębie nie poprzestałem, ale i we włosy ochoczo wtarłem, i w szynkę wmasowałem, przed snem, bo tak podobno trzeba i taki, prawda, Francja elegancja, „zaślimaczony” do łóżka się wśliznąłem, do mej lubej też „zaślimaczonej” należycie i gdyby nie to, że mi wówczas typowy dzień drwala baterie wyczerpał, to byśmy pewnie, jak to jurna młodzież mawia, w ślimaka poszli.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *