Wyspa „Piratów z Karaibów”

Swego czasu na karaibskiej wyspie, bujnej i pięknej Dominice rozpanoszyła się ekipa „Piratów z Karaibów”. Ponoć zjechało tam pół tysiąca różnej maści speców-filmowców z całym majdanem, osprzętem, wałówką, zablokowano większość przejezdnych dróg, co wywołało prawie „kryzys logistyczny” na tym dotąd słabo rozwiniętym kawałku lądu. Na szczęście, wszystko poszło, jak trzeba; pogoda dopisała, aktorzy z Johnnym Deppem na czele oraz statyści zrobili swoje. Łatwo im nie było w parnym tropiku; przecież musieli nosić epokowe fatałachy, tęgie makijaże, pirackie gadżety. Ponad miesiąc, w kwietniu i maju 2005 roku, kręcono tam bez wątpienia miłe dla oka fragmenty „Skrzyni umarlaka”, czyli drugiej części tej kinowej, hollywoodzkiej produkcji.

Jeśli komuś przyjdzie do głowy, aby jechać na Dominikę, co jest zamysłem pysznym, wartym każdego zachodu, powinien koniecznie obejrzeć, albo przynajmniej odświeżyć sobie dwójkę „Piratów”. Tam jest, można rzec, wszystko czego człowiek potrzebuje, aby się doskonale nastroić przed karaibskimi wojażami. Właściwe ten film stanowi w sporej części efektowną promocję Dominiki, ukazuje jej niezwykły przyrodniczy, krajobrazowy urodzaj. Dominika to jeszcze Karaiby nienaruszone, miejscami nadal dzikie, tajemnicze. Producenci „Piratów” wiedzieli, gdzie trafić.

Dominika filmowa

Dominika odgrywa z rozmachem fikcyjną wyspę Pelegosto. Po jednej stronie tropikalnego raju, na wzgórzach porośniętych dżunglą żyją praktykujący kanibale, wymalowali jak do danse macabre, po drugiej zaś, w mrocznych, zamglonych czeluściach bagiennych rozlewisk urzęduje zagadkowa (do tego całkiem seksowna!) wiedźma Tia Dalma, z grubsza, wieszczka, kapłanka wudu z konkretnym zapasem fetyszy tudzież spiżarnią magicznych ingrediencji. Kanibale wierzą, że kapitan Jack Sparrow jest wcieleniem ich boga. Dla Jacka byłaby to całkiem zacna nobilitacja, gdyby nie fakt, że ci sami kanibale pragną wyzwolić go pilnie z cielesnej, „mięsnej powłoki”. Spryciarze planują ucztę z jasno ustalonym daniem głównym. Podrzucają drewien, preparują ruszt, zaczynają tańczyć i złowrogo buczeć. Nie wygląda to dobrze. Jack ma kłopoty.

Z opresji ratują go jednak starzy znajomi. Natomiast kanibale nie zapuszczają się na przerażające mokradła, gdyż Tia Dalma budzi w nich paniczny lęk. Sądzą, że jest ludzkim wcieleniem morskiej bogini Calypso, w czym zresztą mają rację. Jack nie zdradza takich oporów. Zabiera towarzyszy do siedziska czarownicy. Ona wie, jak obchodzić się z kapitanem statku „Latający Holender”, kreaturą zwaną Davy Jones. Wyruszają łodziami w głąb lądu, płyną upiorną Pantano River. Obserwowani są przez tajemniczych autochtonów, zasiedlających brzegi rzeki. Ich szałasy maskują się w plątaninie konarów poskręcanych, jak kończyny gigantycznych starców, zanurzone w mętnej wodzie. Atmosfera gęstnieje, w powietrzu wibruje jakaś abrakadabra, zapada zmrok…

Łodzią po Indian River

Pantano River to w rzeczywistości Indian River, rzeka w Dominice, bodaj jedna z dwóch w tym kraju, po której można swobodnie pływać łodzią, wije się z zasięgu miasta Portsmouth, w oszałamiających okolicznościach przyrody. Powiosłujemy tą rzeką śladami „Piratów z Karaibów”…

Wyprawa po Indian River jest „miniaturą amazońskiej przygody” miał powiedzieć Lennox Honychurch, czołowy piewca Dominiki, popularyzator jej historii, jeden z najbardziej prominentnych obywateli tego kraju. Można mu uwierzyć. Spróbujmy…

 

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *