Wyspa Taboga

Z Ciudad de Panamá można uciec, jeśli ktoś ma ochotę. Na wyspę. Potrzeba na to trzydziestu minut i dziesięciu dolarów w kieszeni. Wyspa leży dwadzieścia kilometrów od stałego lądu. Zawiezie tam katamaran armatora „Taboga Express”. Na pokładzie muzyka, przyjazna załoga i mini bar. Kapitan dusza nie człowiek. Łajba tnie wody Zatoki Panamskiej. Wokół roi się od wielotonowych stalowych bestii, wyczekujących swego wejścia do Kanału. Kontenerowce, masowce, czy tankowce, należące do różnych flot handlowych. Zarejestrowano je w krajach tzw. tanich bander: Bahamy, Antigua i Barbuda, oczywiście Panama i daleka, leżąca w Afryce, Liberia.

Statek stojący na redzie w Zatoce Panamskiej, wyczekujący wejście do Kanału Panamskiego

Statek stojący na redzie oczekuje na wejście do Kanału Panamskiego…

Taboga ma wulkaniczny rodowód. I to wpływa na bogactwo jej przyrody. Jest otoczona wzgórzami. Każde porasta bujny tropikalny las. Najwyższe z nich El Cerro Vigía mierzy 307 metrów wysokości. Innym jest „Wzgórze Krzyża” (Cerro de la Cruz) mierzące 165 metrów, zwieńczone sześciometrowym krucyfiksem. Podczas II wojny światowej oba były zajmowane przez wojska USA. Używano ich, jako punktów obserwacyjnych. Teraz prowadzą na nie dzikie ścieżki. Można się tam wspiąć. Dla widoków ze szczytu. Czasem jest to wymagające. Bo podejście nazbyt strome, bo parne powietrze. Szczególnie na odcinkach co bardziej zadrzewionych. Śmiałkowie muszą się starać, aby przetrwać. Są monitorowani. Nad ich głowami krążą pojedynczo, lub stadnie urubu czarne: ptaki z rodziny kondorowatych, zwane w Panamie gallotes. To padlinożercy. Wyczekują swej szansy.

Francisco Pizarro tu był

Taboga zwana jest także „Wyspą Kwiatów” (Isla de las Flores). Ich zapach wnika do nozdrzy, gdy tylko człowiek postawi stopę na molo w przystani promowej; od razu upaja, wprawia w dobry nastrój, zwiastuje przyjemność jakiejś wyczekiwanej laby. Potem widać, że te kwiaty rosną wszędzie. Krzewią się na murach i balustradach. Bugenwille w kolorze biskupiego przyodziewku, albo hibiskusy czerwone, jak szata kardynała Richelieu. Kwitną tu bez przerwy. Przeplatają soczystą, radującą oczy zieleń mnóstwem wielobarwnych akcentów. Zdobią pobocza wąskich uliczek, spokojnych i urokliwych, przybierają domowe tarasy oraz przydrożne, zadbane kapliczki, których na wyspie nie brakuje.

Kościół św. Piotra, wyspa Taboga

Stoi tam również Iglesia de San Pedro, czyli kościół św. Piotra. Odrestaurowany, pobielony. To ponoć, druga najstarsza świątynia na półkuli zachodniej. Powstał po tym, jak w 1524 roku przybył na wyspę hiszpański kanonik Hernando de Luque i nad brzegiem oceanu założył osadę San Pedro. Najpierw była to mała kaplica, gdzie przed wyprawą na konkwistę kontemplowali sołdaty Korony hiszpańskiej Diego de Almagro oraz Francisco Pizarro. Później zapisali się trwale na kartach historii. Ten pierwszy odkrył Chile, a drugi podbił Peru. Mury kościoła są nierówne, chropowate, mogą pamiętać odległą przeszłość. Kościół jest bardzo malowniczy. Mimo wielu ościennych chałup daje się namierzyć już z daleka. Po typowej wieży z dzwonnicą. Przed nim rozciąga się niewielki plac. Starszyzna przychodzi tam poplotkować, a młodsi pograć w koszykówkę.

Wyspa wielkiego malarza

W 1887 roku Taboga gościła człowieka, który zrobił potem rewoltę w malarstwie. Był nim Paul Gauguin. Przebywał na wyspie trzy miesiące, od maja do lipca. Mówi o tym tablica ufundowana przez Ambasadę Francji w 1995 roku. Ponoć złapał tropikalną chorobę i leczył się w miejscowym sanatorium. Działo się to w czasach, kiedy jego rodak Ferdinand de Lesseps próbował przekopać Przesmyk Panamski i połączyć drogą wodną Atlantyk z Pacyfikiem. Wcześniej przekopał skutecznie Egipt i podarował światu Kanał Sueski. Chciał powtórki sukcesu w Ameryce Środkowej. Nie wyszło. Projekt zakończył się spektakularną klęską: inżynieryjną, finansową, ludzką. Technika nie radziła sobie z trudnym terenem, udziałowcy potracili majątki, robotników zdziesiątkowała malaria.

Taboga, Paul Gauguin był tu w roku 1887.

Dowód bytności Paula Gauguina na wyspie Taboga w 1887 roku.

Wyspa Taboga. Ślady bytności Paula Gauguina.

Fragment uliczki w San Pedro na Tabodze poświęconej Paulowi Gauguinowi.
Po prawej reprodukcja jego obrazu „Tahitańskie kobiety na plaży” (1891).

Gauguin przypłynął z Europy bez grosza przy duszy. Najął się więc do pracy przy budowanie kanału, aby przeżyć. Harował niewolniczo w uciążliwym, wilgotnym klimacie. Wówczas zachorował. Inaczej wyobrażał sobie przygodę w ciepłych krajach. Pragnął tropiku, słońca, wolności. Szukał czegoś autentycznego, pierwotnego, czegoś żywego, co wypełni jego malunki wigorem i kolorami. Chciał ucieczki z Paryża, gdzie dławiła go rutyna, gdzie zgubił wenę twórczą. Widział siebie gdzieś poza schematami, w jakiejś dziczy, pośród ludzi kochających życie, celebrujących je dzień po dniu.

Pamiętał Tabogę, bo statek, jakim pływał kiedyś do Ameryki Południowej zawijał tam. „Jaka piękna to była wyspa! Życie tubylców płynęło tam beztrosko w cieniu drzew tamaryndowych. Tam właśnie trzeba pojechać […]”.* Jednak, Panama go nie zaspokoiła. Rozczarował się tym, co zobaczył. Tę wymarzoną południową dzikość pochłonęła już cywilizacja.

Zresztą, zamiast rozkładać sztalugi naprzeciwko tamtejszych soczystych zielonych wzgórz, walczył o zdrowie. Nie wiadomo, czy namalował cokolwiek będąc na Tabodze. Nie zachowało się żadne płótno, żaden szkic. Niektórym marzy się odkrycie, jakiegoś wczesnego dziełka Gauguina, które dziś spieniężone przyniosłoby szczęściarzowi fortunę. Podobno, jedynie słońce tropiku, wyciągające z otaczającego świata niesamowitość barw mogło utwierdzić przyszłego maestro, że trafił we właściwe miejsce.

Z Panamy przeniósł się na Antyle Francuskie, konkretnie na Martynikę. W tamtejszych okolicznościach przyrody powstały pierwsze obrazy, jakie wyznaczyły gauguinowski styl. Tak obficie rozwinięty potem na wyspach Polinezji Francuskiej; podgrzany kolorami, nasycony maoryską symboliką i mitologią. Styl, za jaki go pokochano. Choć niekoniecznie za życia…

Paul Gauguin zmarł daleko od „niechcianej” Europy, na wyspie Hiva Oa w archipelagu Markizów. 8 maja 1903 roku. Pół roku później Panama oderwała się od Kolumbii i zyskała niepodległość. Niedługo po tych wydarzeniach Stany Zjednoczone przejęły zaprzepaszczony projekt Francuzów i zbudowały po swojemu Kanał Panamski, którego otwarcie nastąpiło w 1914 roku…

Konkwistador od Panamy

Trzeba poznać datę odkrycia Tabogi. Jej nazwa pochodzi od słowa „aboga” znaczącego w języku dawnych autochtonów „obfitość ryb”.  Z ceramicznej tablicy umieszczonej na skwerku tuż przy nadmorskiej promenadzie dowiemy się, że dokonał tego w 1513 roku Vasco Núñez de Balboa – najbardziej kojarzony z Panamą konkwistador. Był pierwszym Europejczykiem, który pokonał Przesmyk Panamski i dotarł do Oceanu Spokojnego, dając mu nazwę Mar del SurMorze Południowe. Z Santo Domingo na wyspie Hispaniola (gdzie mieszkał i popadł w długi) dostał się do Złotej Kastylii, czyli północnego wybrzeża dzisiejszej Panamy w sposób nader zuchwały. Ukrył się w beczce na solone mięso.

Vasco Núñez de Balboa, moneta 1 balboa

Vasco Núñez de Balboa na monecie o nominale un balboa

Hispaniola, czyli dygresja

Tu mała dygresja.

Marzy mi się przeczytać kiedyś powieść, choćby historyczno-awanturniczą, napisaną z polotem i energią Normana Davisa, Andrzeja Sapkowskiego i Germána Arciniegasa (historyk kolumbijski, do tego błyskotliwy literat). Chodzi o wczesne lata konkwistadorów hiszpańskich. Najbardziej tych, którzy niejako „dojrzewali” w Santo Domingo: Rodrigo de Bastidas, Vasco Núñez de Balboa, Diego Velázquez de Cuéllar, Hernán Cortés, czy Alonso de Ojeda…

Każdy z nich popłynął potem odkrywać nowe ziemie i znaczyć je po swojemu. Niemal wszyscy znaczyli je krwawo. Lecz ta historia jest znana.

Mnie ciekawi bardziej, jakie mieli motywacje, jak rozwijały się ich wizje zanim zaczęli podbijać. Chętnie przeczytałbym, coś w stylu „Dzienników motocyklowych” Guevary. Czyli zapiski (dość dojrzałe) młodego człowieka, który wsiadł z kumplem na motor i ruszył w podróż po Ameryce Południowej. Wtedy nie był jeszcze „Che”. Był jedynie Ernestem Rafaelem Guevarą de la Serna. Potem stał się „Che” i wiadomo, jak to się skończyło…

Po prostu, chętnie dowiedziałbym czegoś o tych przyszłych konkwistadorach, bez obciążania ich (nawet między wierszami) tym, co zaszło potem. Może to być równie dobrze współczesna powieść kryminalna, z jakąś niemożliwą zagadką, np. powiązaną z pięćsetletnimi murami starówki w Santo Domingo etc. Oczywiście, dostałoby to pewnie łatę powieści „Dan Brown-pochodnej” (zagadka to „kod”, a cała reszta to pogoń za kolejną wersją Świętego Graala). Ale i tak bym to przeczytał. Szczególnie, gdyby autor skupił się porządnie, lecz bez przynudzania, na topografii Zona Colonial i tam zaszył intrygę. Postaciami na pierwszym, lub raczej drugim planie byliby wspomniani wyżej, jeszcze nieopierzeni konkwistadorzy.

Koniec dygresji.

Taboga sielska

Taboga także przyciąga klimatem czasów kolonialnych. I atmosferą sielskości. Znalazłem tu swoje miejsce. Tak samo, jak w Río San Juan, w Dominikanie; gdzie krowy skubały trawę pod palmami królewskimi. Warto powłóczyć się po okolicy. Od razu na obrzeżach, jedynego na wyspie miasteczka, San Pedro, daje o sobie znać lokalna fauna i flora. Wszędzie coś rośnie, wije się, pleni. Karambole i papaje dojrzewają na dziko i w ogrodach. Co chwilę słychać chroboty w konarach drzew, ptasie trele i kwilenie; szelesty pośród opadłych, wysuszonych liści, albo gdzieś w trawie. Człowiekowi wydaje się ciągle, że nie jest sam, że coś mu dotrzymuje kroku, że coś go obserwuje. Pełno tu jaszczurek śmigających między słońcem a cieniem. Jedne mikre i szybkie, jak pocisk, inne całkiem spore, wolniejsze, leniwe. Czasem trafi się wąż, lecz zaraz odpełźnie w swoją stronę.

Zielone papaje na wyspie Taboga

Papaje rosnące na dziko…

Gdzieś pośrodku San Pedro trafimy na kury grzebiące w cieniu bananowców. „Piejo kury, piejo! Ni mają koguta”. Bo gallos de pelea, czyli koguty bojowe są zamknięte w klatach. Odkarmione, namaszczone, zadziorne. Wśród nich pewnie przyszły el campeónczempion. Aha! Skojarzymy, że to cośmy wcześniej widzieli i co przypominało okrągły basen dla dzieci, ze szczątkami piór zamiast wody, było areną do kogucich walk.

Kogut bojowy w klatce, San Pedro, Wyspa Taboga

Czarny kogucik bojowy w klatce…

W drodze do hotelu konieczna wizyta w sklepie, gdzie Chińczyk mówiący po hiszpańsku płynnie i bez akcentu, sprzedaje rum Abuelo trzy razy drożej, niż w na stałym lądzie i narodowy „bimber” z trzciny cukrowej Seco Herrerano w cenie normalnej. Nie zawadzi zakupić obu trunków. Do tego kilka limonek, zupełnie innych niż te, jakie znamy. Skórkę mają odrobinę parchatą, lecz ledwo przekrojone pachną, jak marzenie bukietem aromatów pomarańczy i cytryn. I puszczają obfity sok, do połączenia z rumem i coca colą, jeśli ktoś chciałaby wydudlić Cuba libre w wolnej Panamie.

Zmierzch i świt

W hotelu, na najwyższym piętrze pokój z wiatrakiem nad głową i widok z balkonu na wieczorny rozświetlony Pacyfik; na dziesiątki statków wyczekujących wejścia do Kanału Panamskiego. Jeszcze żabie serenady o zmierzchu. I gonitwy niesfornych psów po sąsiedzkich podwórkach. Wreszcie zasłużony sen.

Wyspa Taboga, świt, wschodzące słońce, statki w Zatoce Panamskiej.

Nastaje świt nad Zatoką Panamską…

Wyspa Taboga, balkon hotelu Vereda Tropical

Widok z balkonu w hotelu Vereda Tropical. Wschodzi słońce…

O poranku wschodzące słońce odbija swój pomarańczowy blask w otwartych na oścież drzwiach balkonowych. Na śniadanie smażone jajka, tosty i kawa. Jak zawsze przepyszna.  Przy okazji, rozmowa z kucharzem, który zeszłego wieczoru wyczarował almejas al ajillo, małże duszone z czosnkiem, z ostrą papryka i pietruszką. Na plaży, chwilę przed wejściem na prom do Panama City, ostatnia powtórka z przyjemności: wielki i zielony, dobrze schłodzony orzech kokosowy z ożywczą wodą w środku (no, idealną po nocnych rumowych wybrykach!), której starczyłaby na trzy szklanki.

Plaża na wyspie Taboga.

W naturze tej wyspy tkwi jakaś magnetyzująca prostota…

Po tym, już niewiele zostaje. Smutek powrotu. Tylko tyle. I postanowienie: jeszcze tu wrócę! Co najmniej na rok. I książkę napiszę, Może kryminał. Może romans. Albo jedno z drugim. Bo Taboga miesza w głowie, miesza w sercu. Zresztą, jak cała Panama.

* „Gauguin”, Henri Perruchot, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1976.

Print Friendly, PDF & Email
Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *