Za rzekę Ozama

Poszedłem za rzekę Ozama do Santo Domingo Este, do rewirów stołecznych wschodnich, po pierwszym moście, jaki się nadarzył, do tego „moście pływającym”, czyli Puente Flotante. A poszedłem, by spojrzeć z bliska na „Brzydulę Kolumba” po mojemu, czy też na architektoniczną wariację z pretensjami do prekolumbijskiej piramidy, „makabryłę” po prostu, betonowe raczej szkaradzieństwo, znane szczerzej w świecie, jako Faro a Colón, tj. Latarnia Kolumba. W dodatku, latarnia pełniąca honory gargantuicznego mauzoleum, gdzie, jak niektórzy by chcieli, spoczywają prochy Wielkiego Admirała, Wicekróla odkrytych ziem…

Ponoć, „długa jest droga i ciężka z piekła ku światłu wiodąca”, więc czmychnęło parę godzin, nim sam dotarłem pod Latarnię i nie myślcie sobie, że przyszło mi tam dorabiać na boku. Nawiasem mówiąc, nie bardzo mi śpieszno było. Nie dbałem o czas. Chyba zacząłem go już odmierzać na zwolnionych obrotach, jak południowcy. Co więcej, to ulica mnie zatrzymała, przechwyciła, puścić nie chciała. Lubię, gdy tak się dzieje. Wbijam się w ten rytm mimowolnie. Wtedy można lepiej dojrzeć, zrozumieć to całe nieziemskie zagęszczenie zdarzeń na każdym stumetrowym odcinku. Tylko trzeba przestać pędzić. Nie nudzę się w Santo Domingo. Przeważnie cieszą mnie tam rzeczy małe, codzienne, niepozorne, w sklepie na rogu, w carro público z ośmioma współpasażerami. To życiodajny wszechświat, który ciągle rozszerza się, gwałtownie zmienia. A ta Latarnia to jedynie jakiś kolejny punkt programu, miejsce „do zaliczenia”. Wypada pójść i wreszcie zaliczyć, gdy człowiek siedzi w mieście wystarczająco długo. Lecz przede wszystkim nie można zignorować tego, co zdarza się niby to przypadkiem, po drodze. Przespacerujmy się zatem, rozejrzyjmy, poznajmy ludzi.

Na Pływającym Moście

Rzeką Ozama spływały do Morza Karaibskiego jakieś gigantyczne pomyje. Do ujścia miały może z pół kilometra od miejsca, z którego na nie patrzyłem bez respektu. Woda w rzece, chlustająca o nabrzeże wydzielała ten typowo portowy odór rybiego śluzu przemieszanego z olejem napędowym. Przy nabrzeżu cumował monstrualny transportowiec, ochrzczony jako Chios Charity. Kolos zaparkował przy miejskich młynach korporacji Molinos Modernos. Do jego burty podpływała marna wersja łodzi Sonniego Crocketta z Miami Vice. Skala porównawcza zrobiła swoje. Widziałem zdalnie sterowaną zabawkę, prującą po zapuszczonym basenie.

©Caribeya, Chios Charity zaparkowany

©Caribeya, Chios Charity zaparkowany

Tkwiłem na samym początku długości tego mostu Puente Flotante, który był do sforsowania. Za plecami miałem pięćsetletnie mury Zona Colonial, na czele z Alcázar de Colón, kanciastą rezydencją gubernatora Diego Kolumba, syna Krzysztofa, Odkrywcy. Tymczasem moje oczy wisiały już na wielkim napisie „Barceló„, przyspawanym do fabryki rumu po drugiej stronie rzeki. Poniżej eksplodował bujną czerwienią flamboyán, zwany ognistym drzewem, albo „płomieniem Afryki”. Podobno pochodzi z Madagaskaru. To ci dopiero emigracja! Takie chabazie są zawsze mile widziane w tropiku, podobnie, jak obficie krzewiąca się bugenwilla w kolorze biskupiego przyodziewku, moja ulubiona. A Barceló to jedna z „trzech świnek” dominikańskiej sceny rumowej. Wszystkie na literę „b”. Pozostałe to Brugal, którego trzydzieści procent fabrykacji wychodzi rozpijać świat a reszta jest ładnie upłynniana na własnym podwórku i Bermúdez, którego dotąd nie degustowałem, czego się okrutnie wstydzę. Za to, zdążyłem poznać cesarza tych wspomnianych ognistych wód, czyli rum Barceló Imperial, który sączy się, jak wytrawną brandy, w żadnym wypadku miksuje z czymkolwiek.

Trzeba iść dalej. Co robi ten señor z wędką? Moczy kija i to dosłownie, choć wygląda, jakby tym kijem odganiał natrętnego umarlaka, wrzuconego przez kogoś do rzeki ze dwa dni temu, ze trzy mosty wcześniej. Może powinienem skonsultować tę wątpliwość z mundurowym, który podszedł znienacka i zagaił z ciekawości, co tam słychać, jak leci, przy okazji prezentując swego towarzysza, automat M-16. Na mój gust, do zielonego uniformu bardziej by mu pasował AK-47 (z racji tej stylowej, brązowej sklejki), lecz każdy ma swoje upodobania. Poza tym, Dominikańczycy wolą to, co amerykańskie, rodem z USA, właściwie to pożądają tego. Jeden macho z M-16 na moście przed południem to za mało, by cokolwiek wspominać, dlatego musiał się zbliżyć macho numer dwa. Ten bez munduru, raczej w stylu casual friday, z bejsbolówką na głowie, lecz równie rozkochany w swym karabinie, nawiasem mówiąc, bardziej z wyglądu zużytym. Jeśli poza pilnowaniem mostu, po godzinach ochrania jeszcze kontrabandę, to jego sprawa. Facet wziął mnie na kilkusekundowe przetrzymanie swym groźnym spojrzeniem. Pokłoniłem się i ruszyłem dalej, by ratować, faceta w kapeluszu, doprawdy „Szalonego Kapelusznika”, który klapnął na skraju mostu w desperackiej pozie i gapiąc się w rzeczną toń, kombinował, jak tu skoczyć, by od razu utonąć i mieć problem z głowy. Zbliżając się do niego, nabrałem pewności, że ten facet chce jednak dalej żyć. Po prostu tak mu było wygodniej obserwować własne plwociny, które metodycznie emitował, by z nurtem dotarły do morza.

©Caribeya, Małoletni rybi-patolog prezentuje swego najnowszego pacjenta.

©Caribeya, Małoletni rybi-patolog prezentuje swego świeżego pacjenta.

Mogły nie dotrzeć, przywierając do łódki, która dryfowała w poprzek rzeki, dokładnie na ich drodze. Jej kapitan łowił na samą żyłkę, licząc zapewne na rzecznego „Moby Dicka”. Osaczony przez paskudne, co rusz napływające kożuchy wodnego zielska, nie dawał za wygraną. Podobnie, jak inni wędkarze, licznie zgromadzeni na moście. Ci pozarzucali wędki i również czekali na cud nad Río Ozama. Niektórym udało się tego cudu doświadczyć, złowili co nieco. Przekonałem się o tym na drugim brzegu. Od razu podbiegł do mnie jakiś dzieciak, umorusany rybią juchą, któremu zależało chyba na tym, bym ujrzał, jak wygląda ryba wewnątrz. Dałem mu szansę, choć pamiętałem mniej więcej, jak może wyglądać. Poza tym, od dzieciństwa przyciągał mnie taki naturalizm, graniczący nierzadko z turpizmem. Innymi słowy, nie mam dzisiaj większego problemu z takim naturalizmem…

Rybie przypadki

Rybi-patolog znad rzeki Ozama rozwarł „swego pacjenta” elegancko przy mnie, bym mógł sobie zajrzeć do środka. Zajrzałem, oceniłem, pokiwałem głową. Dzieciak poczuł, że traktuję go poważnie. Ryba była świeża, dopiero co wypatroszona i oskrobana z łusek. Gotowa do wrzucenia na patelnię. Nie wiadomo tylko, czy złowiona w tej portowej, mętnej i smrodliwej „zupie”, nie nabrała przypadkiem posmaku nafty. Tak, czy inaczej, nie musiałem tego sprawdzać, bo głodu nie czułem. Za to mogłem podziwiać inne wędkarskie trofea, np. barakudę. Mimo, że wisiała na haku, bez ruchu, to zastygło w jej oczach to wredne spojrzenie predatora, który tylko czai się, by przegryźć ci tętnicę. Martwa nie mogła tego zrobić (choć pewności nie ma), w dodatku została upokorzona przez tłuste, fluorescencyjne muszysko, które być może już się przymierzało do złożenia jaj, na jej dolnej, świętej pamięci, szczęce. Na innym haku, wisiał na własnych skrzelach red snapper. Po polsku – nieco idiotycznie i zbyt „mięczakowato” – lucjan czerwony. Nie ma karaibskiej kuchni bez tej ryby. Smakuje wyśmienicie. I to bez żadnych magicznych, kulinarnych sztuczek. Dobrze usmażona i tyle. Z limonką. Oczywiście, lepiej ją łowić na pełnym morzu, niż w porcie. Chyba, że „Lucek” wpadł do portu na małe, niezobowiązujące tarło, na boku.

©Caribeya, Nadymana rozdymka, czyli puffer fish z toksyczną wątrobą.

©Caribeya, Nadymana rozdymka, czyli puffer fish z toksyczną wątrobą.

Kiedy już napatrzyłem się na te morskie kreatury, chciałem iść dalej, lecz osaczyły mnie inne dzieciaki, które chciały się czymś pochwalić. Otóż, wyciągnęły z wody padniętą, po całości zsiniałą, ze ślepiami już zabielonymi – rozdymkę, czyli rybiego dziwoląga – puffer fish. Pochyliłem się nad nią, jak agentka Starling nad dopiero co wyciągniętą z wody ofiarą Buffalo Billa. Chyba pierwszy raz wpatrywałem się w rybę, której m.in. wątroba zawiera – tetrodotoksynę – truciznę, przy której cyjanek potasu to aromat do babcinych wypieków. Jeśli kiedykolwiek słyszeliście to tym jadzie, to albo w kontekście japońskich, wysublimowanych kulinariów (vide – ryba fugu, też rozdymka), albo w kontekście czarnej magii, pochodzenia haitańskiego (vide – proszek zombie). Przyznam, że tamta rozdymka, pokazana mi przez kilku dominikańskich urwisów, na kamienistej niby-plaży w porcie w Santo Dominigo Este, poniekąd zainspirowała mnie do, nazwijmy to, lepszego przestudiowania fenomenu haitańskich zombie. Cóż, okazuje się, że i zdechła ryba może człowieka zainspirować.

Prosto pod Latarnię

Teraz, by dostać się z nabrzeża pod samą Latarnię Kolumba, musiałem kawałek przemaszerować. Przy stacji benzynowej zaczepił mnie jakiś cinkciarz, proponując wymianę waluty twardej na lokalną, po dość atrakcyjnym kursie. Dopiero co wymieniłem parędziesiąt dolarów, więc nie było ze mnie pożytku. Za to kilkaset metrów dalej, przy wozie z owocami, z którego przed chwilą wyprzęgnięto konia, dałem się łatwo namówić na soczyste mango, słodziutką odmianę, której nie znałem, i na idealnie dojrzałą marakuję, po dominikańsku – chinolę. Jedna sztuka, w celach promocyjnych, leżała przepołowiona na stercie swoich licznych towarzyszek, kusząc galaretowatym miąższem. Owoc ten po otwarciu koncentruje w sobie jakąś taką tropikalną lubieżność. Pewnie dlatego się skusiłem. Lubię zjeść marakuję, posypawszy odrobiną brązowego cukru, jednak tutaj wessałem ją bez niczego. Za wozem stał podniszczony biały pickup, wypakowany melonami, mango, juką, oraz plátanos verdes, które aż się prosiły, by je przerobić na tostones, tj. usmażyć i natychmiast spożyć, bo zimne tracą smak.

©Caribeya, "Owocowóz"

©Caribeya, „Owocowóz”

A potem spotkałem Dziadka-Uszatka, Dominikańczyka señora i jego kumpli, w tym Haitańczyka, który żył z resztą w niezłej komitywie. Zauważyłem zażyłość między starym a tym właśnie, emigrantem zza miedzy. Zrobiłem im zdjęcie, nie protestowali. I gdy dzisiaj je sobie kontempluję, poniekąd bierze mnie wzruszenie. Do tego zdjęcia często wracam. Chcąc nie chcąc, uchwyciłem tam chyba jakieś własne, może głębsze, może nazbyt romantyczne pragnienie, by dzielący zjawiskową Hispaniolę, Dominikańczycy i Haitańczycy, żyli ze sobą we wiecznej zgodzie, by przestali się wreszcie dziobać, jak dwa zawzięte koguty. Aż dziwne, że tak mnie to absorbuje. To całe życie w kompletnie odwróconej geografii, w nieprzewidywalnym tropiku, tysiące kilometrów od świata, w którym dzień po dniu przerabiam własne problemy. Co mnie to obchodzi? Mnie – człowieka całkowicie z zewnątrz. Zdjęcie wydrukowałem, oprawiłem i trzymam w pobliżu. To bardzo optymistyczne zdjęcie. Ten Dziadek–Uszatek ma coś takiego w oczach, że mógłby równie dobrze być Siedzącym Bykiem, Indianinem, mędrcem który wie coś, co może być ważne. A czego nie wie ten białas z aparatem…

dominikana41

©Caribeya, Dziadek-Uszatek z kumplem w tle.

Opuściłem Dziadka i ferajnę, by stanąć oko w oko z czymś, co mogłoby z powodzeniem wyrosnąć pośród szarych, apatycznych blokowisk w dawnych demoludach. Lecz o tym betonowym kuriozum, o historii jego powstania i o fukú, czyli o klątwie z nim związanej, klątwie „pochodzenia kolumbowego”, innym razem. Teraz mieliśmy tam po prostu dojść. No to doszliśmy.

©Caribeya, Pod „Latarnią Kolumba”.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *