Zatrzymany za zdjęcia

Gdyśmy się z Jorgem poznali na żywo, bo wcześniej jedynie korespondowaliśmy na linii Polska – Dominikana, to na dzień dobry zrobił mi zdjęcie do tymczasowego, „prasowego” ID. Wyszedłem, jak oprych na komisariacie, zaskoczony obrotem spraw. Potem rzadko używałem tego ID, by swoje wejścia forsować. Częściej wyczuwałem w powietrzu, że zamiast mnie, umocowanego ważniaka wpuścić, gdzie tam chciałem, nakopią mi fest do tyłka. Wolałem wchodzić po swojemu, na gębę, tu zagadać, tam zamrugać, udać durnia, jakby co zawinąć kitę i czmychnąć. Raz mi się ID przydał. Po to, by mi go zabrano, razem z kserokopią paszportu. Bardziej chodziło chyba o paszport, lecz wzięli wszystko, co tam miałem przy sobie.

Incydent zdarzył się przy konsulacie USA, na Av. Máximo Gómez, dwa spojrzenia od miejsca, gdzie stoi ambasada Watykanu, kiedyś siedziba byłego nuncjusza Wesołowskiego, oskarżonego o pedofilię, co zapamiętał świat. Wtedy łaziłem i fotografowałem wszystko, co się dało fotografować, i co stawiało opór, bo wtedy większa satysfakcja. Przedpołudniowa kolejka Dominikańczyków po, jak można założyć, amerykańskie wizy przed rzeczonym konsulatem nadawała się do utrwalenia. Machnąłem kilka zdjęć, bez specjalnych podchodów, czy odrywania różnych scenek, że niby nie fotografuję tego, a tamto z tyłu, itd., co nieraz praktykowałem dla zachowania spokoju otoczenia. Zresztą, komu by mogło wadzić, że jakiś turysta, pewnie stęskniony za domem gringo, zagubiony w tłumie białas strzela sobie na pamiątkę zdjęcie kawalątka swoich Stanów. Myliłem się. Okazało się, że obserwowano mnie, i to pewnie od momentu, gdy tylko w okolicy konsulatu przyłożyłem do oka aparat. Dowiedziałem się o tym, zajęty już zupełnie czymś innym.

Dopadli mnie przy tej samej alei, na dziedzińcu Teatro Nacional Eduardo Brito, przy pomniku Giuseppe Verdiego. U stóp kompozytora zakwitła butelka po coca-coli. Było ich czterech, każdy w innym mundurze. Zachowywali się przyzwoicie, nie złożyli mnie na glebie i oklepali, nie skuli, by dopiero potem przejść do rzeczy, wyjaśnić i sucho przeprosić za nieporozumienie. Nie, zagrali całkiem fair. Pytali grzecznie, czy robiłem zdjęcia konsulatu. Znali odpowiedź, więc odpowiedziałem, jak było. Prosili, bym pokazał te zdjęcia. Pokazałem. Przejęli aparat. Chcieli je skasować, chyba nie wiedzieli jak. Prosili, bym sam skasował. Skasowałem. Nie były to jakieś dzieła sztuki, okładkowe rarytasy, których bym nie poprawił jutro, czy pojutrze. Nie chciałem międzynarodowej afery, ani powiązań, dajmy na to, z wybuchową siatką brodatego szejka, rezydującego w którejś jaskini na pograniczu afgańsko-pakistańskim. Bo przecież o to chodziło. Z grubsza, o dżihad. Wolałem też uniknąć posądzeń o wspieranie mścicieli innego satrapy, bagdadzkiego, straconego pół roku wcześniej. Dominikańczycy strzegli tutejszych jankeskich pozycji przed wiadomo czym. Przed zemstą, mogącą nadejść zewsząd. Wtedy szejk, którego imię czyta się niefortunnie jak nazwę rzeki, płynącej przez Santo Domingo, czuł się ponoć jeszcze całkiem dobrze, lubił się nagrywać, pretendował do gwiazdy video i mógł śmiertelnie narozrabiać, za siebie i za innych braci w wierze. Roboty przy tępieniu „zgnilizny Zachodu” miał po turban. USA podwyższyły potem honorarium za jego głowę. Śmiechu nie było. W placówki dyplomatyczne, znienawidzonego Wuja Sama, również szejk celował. Stąd te zakrojone na szeroką skalę względy bezpieczeństwa oraz groteskowe retencje.

Miałem nie brać tego do siebie, tak mnie panowie pocieszali. To jedynie konieczna formalność. A mnie przyszło do głowy, że wezmą te moje papiery, ten paszport, i gdzieś to przepiszą, do jakieś bazy pomyleńców wpakują, to potem do Ameryki już nie wjadę, a nie daj Boże, polecę tam nieogolony, to będę miał na granicy chryję, zakończoną wydaniem biletu na wczasy w resorcie Guantanamo. Przyznam, że trochę gdzieś tam w środku spanikowałem, chciałem mieć pewność, że amerykański rząd, obecny i przyszły, nie dowie się o moich zabawach w fotografię przed ichnim konsulatem w Republice Dominikańskiej. Dwóch mundurowych zostało ze mną, dwóch poszło kserować kwity. Trochę to trwało. W Dominikanie zawsze noszę przy sobie laminowane ksero paszportu, byłoby szybciej, gdybym miał dodatkową kopię. Po prostu dałbym im ją. A tak poszli robić ksero z ksera. Poczekałem. Z tymi dwoma, którzy mi w czekaniu towarzyszyli jakoś nie miałem, o czym gadać. Może tak miało być. I tę całą scenę, notabene przed teatrem, musieliśmy tylko wspólnie przećwiczyć w milczeniu. Nieco się ożywiło, gdy wróciła ekipa kserująca. Oddali co moje, i wylewnie, jak nie przystaje funkcjonariuszom służb bezpieczeństwa, przepraszali mnie.

Wtedy ich zapytałem, ni z gruszki, ni z pietruszki, ilu dominikańskich soldados służy w Iraku. Nie pytałem, by usłyszeć cokolwiek, dokładnie wiedziałem ilu ich tam było. Dopiero co gdzieś w mediach to wychwyciłem. I nagle wykorzystałem informację, która utkwiła mi w głowie i po prawdzie nie była mi do niczego potrzeba. Otóż, służył tam tylko jeden Dominikańczyk, oczywiście, jako Dominikańczyk amerykański, służył jako żołnierz USA. Wspomniano go w mediach, bo został ranny. I tak im to przedstawiłem. Oczywiście, uniosłem się. Do tego zagalopowałem, gdyż oni w ogóle nie zrozumieli, że chodziło mi o to, że to nasi polscy wojacy wspierali wojaków amerykańskich w tym całych zapiaszczonym Iraku od samego początku, wysyłani tam w setkach, i jak nie chcę tego niszczyć moją akcją wywrotową z aparatem, i niech wiedzą że to my się tam użeraliśmy w temperaturach piekła, by zadać bobu tej całej hołocie zapatrzonej w dyktatora lubującego się w cygarach, że tłukliśmy się tam dla amerykańskiego widzimisię, i nie chcemy równolegle wysadzać żadnych konsulatów swego kluczowego sojusznika, bo tak się gdzieś tam kiedyś umówiliśmy, zobowiązań nadawaliśmy, że się tłuc będziemy, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, jakby co, i potem siedzieć będziemy, jak już ucichnie, siedzieć dalej na piachu, i sprzątać po rozwałce, co jeszcze gorsze, niż samo tłuczenie.

A może faktycznie nie musiałem tego brać do siebie, sam nie wiem. Poszedłem w końcu. Zostawiłem ich nieco zdezorientowanych. Na odchodnym rzuciłem okiem na konsulat. Wąż kolejkowy, jakby się wydłużył.

Następny w planie do fotografowania był Bank Centralny Republiki Dominikańskiej z przyległościami. Obstrzelałem go z każdej strony. Nikt się mną nie zajął, nikt mnie nie zdjął prewencyjnie. Może uwieczniłem jedynie atrapę tej strategicznej instytucji. Może prawdziwa forsa leżała gdzie indziej.

Idąc dalej, wylądowałem przed Palacio Nacional, czyli Pałacem Prezydenckim. Pilnujący go gwardziści w mundurach koloru piasku i beretach kolory rdzy nie mieli problemu z moim aparatem. Raczej zachęcali do robienia zdjęć. Sami pozowali, szczerzyli zęby, prezentowali broń. Potem chcieli ode mnie jakieś dolary, numer komórki. Jeden z nich nosił nazwisko de los Santos, czyli „od Świętych”. Kto by pomyślał! I taka to była historia mego zatrzymania. Chyba jedyna.

Nie pamiętam, bym potem musiał się jeszcze przed kimś legitymować w taki sposób, do tego tłumaczyć, gmerać w sprzęcie na czyjeś żądanie. Ten, oczywiście, czasem wyjmowałem, by pokazać, że w zwisającej na biodrze czarnej kaburze, trzymam takie oto niewinne cudo, zamiast jakiejś armaty. Przesadne kontrole trafiały się zazwyczaj blisko granicy z Haiti, co można zrozumieć. Szczelność tej granicy, delikatnie mówiąc, budzi zastrzeżenia. Łatwo przecieka, ludźmi i „towarem”. Przecieki są raczej jednostronne, z Haiti do Dominikany. Z tej, jak to ktoś chce, to ucieka do Portoryko przez kotłującą się od rekinów Cieśninę Mona. Kiedyś dominikański pogranicznik potrząsał mym aparatem, jak marakasami, jakby oczekiwał, że wysypie się z niego kilka białych gramów. Spojrzałem na niego, jak na idiotę. Opamiętał się. W sumie trudno mu się dziwić. Stres, palące słońce, ciągła aktywność na mało komfortowym posterunku mogą mieszać w głowie, co rusz rodzić podejrzenia. W sumie był z niego dobry chłopak, dość młody jeszcze. Z Haitańczykami, bodaj studentami, którzy siedzieli w busie i mieli akuratne papiery obchodził się po ludzku. Bez dziwnych spojrzeń, bez niepotrzebnych pytań. A nierzadko wśród takich mundurowych trafiają podłe typy.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *