Ziele zguby

Księga Sędziów 12, 5-6 / 5 Następnie Gileadczycy odcięli Efraimitom drogę do brodów Jordanu, a gdy zbiegowie z Efraima mówili: «Pozwól mi przejść», Gileadczycy zadawali pytanie: «Czy jesteś Efraimitą?» – A kiedy odpowiadał: «Nie», 6 wówczas nakazywali mu: «Wymówże więc Szibbolet». Jeśli rzekł: Sibbolet – a inaczej nie mógł wymówić – chwytali go i zabijali u brodu Jordanu. Tak zginęło przy tej sposobności czterdzieści dwa tysiące Efraimitów.

***

W 2007 roku w londyńskim Tate Modern kolumbijska artystka-rzeźbiarka Doris Salcedo stworzyła symboliczne dzieło pt. „Shibboleth”. W centralnym holu tego muzeum w polerowanym betonie posadzki wykuła ona długą na kilkadziesiąt metrów szczelinę, z początku niewielką, lecz dalej coraz szerszą i rozwidlającą się.

Gra w kolory

Poszło im o kolor skóry, a zaczęło się od białego, czyli ode mnie. Miejsce akcji – Dominikana, droga z Las Terrenas do Sánchez, paka toyoty-pickup pełna pasażerów lokalnego transportu publicznego. Czas akcji – późne popołudnie zalane blaskiem słońca w „złotej godzinie”. Dwóm, młodym Mulatkom spodobał się kolor mojej skóry. Właśnie tam, w trakcie jazdy, pośród wzgórz półwyspu Samaná, w obfitości gajów kokosowych co czyni tę krainę, zwaną tu tierra de coco, wyjątkowo czarowną. Zwłaszcza, o tej porze dnia.

Mulatki dyskutowały bez ogródek, do tego kokietując, jaki to jestem biały, jaki inny i wreszcie chciały tej bieli dotknąć. Pozwoliłem im, skoro miały taką pilną potrzebę zaznajomienia się. Czy zbliżenie kultur, ras, albo obcych z różnych światów nie jest czasem inicjowane takimi właśnie gestami? Dotykały mnie zatem badawczo i z zaciekawieniem, jak okaz egzotycznej przyrody, jak żywy zoologiczny eksponat. Na przemian lub jednocześnie przykładały swoje przedramiona do moich porównując je metodycznie, komentując, akcentując różnice. Wszystko zmieniło się, gdy jedna z nich posłała drugiej ostrzegawcze, pełne jadu spojrzenie. Wówczas zawrzało bo, nie bacząc na mnie, Mulatki zaczęły chandryczyć się, która z nich jest mniej czarna…

W rezultacie, to z pozoru niewinne zbliżenie ras obróciło się w starcie na tle rasowym z mojego powodu, ale bez mego udziału. Wszcząłem nieumyślnie konflikt i potem siedziałem skonfundowany, patrząc i słuchając, jak dwie strony piętnują się. 

Ja jestem jaśniejsza, ty jesteś ciemniejsza i basta, orzekła ta pierwsza. Właśnie, że ty jesteś ciemna, kochaniutka, tak ciemna, jak twoja brocha, ripostowała ta druga.

Ścierały się w stylu kiczowatej groteski, w dużych emocjach, zajadle i diabelsko hałaśliwie, i trwało to dobrych kilkanaście minut, może dłużej. Robiły to na serio. Kto widywał latynoskie muchachas podczas kłótni na pełnych obrotach, mniejsza o co, wie w czym rzecz. Obie zerkały na mnie co i rusz na wpół proszalnym, na wpół rozeźlonym wzrokiem jakby liczyły, że którąś wesprę; jakby chciały, aby ten obcy biały, który wszystko sprowokował, rozniecił iskry chorego pobudzenia, stał się teraz arbitrem w ich doraźnym, bądź co bądź lichym, podwórkowym sporze. Bo biały widzi chyba najlepiej, gdzie więcej czarnego a gdzie mniej?

Czy ja wiem? Na moje oko, kolor skóry tych dziewczyn nie zdradzał wielkich różnic. Czyli, nie mogłem przysłużyć się żadnej z nich i pozostałem, chcąc nie chcąc, neutralny. Mało tego, te Mulatki były do siebie podobne. Prędzej uwierzyłbym, że są siostrami, choć niekoniecznie z krwi tych samych rodziców. Lecz im chodziło wtedy po głowie co innego. One próbowały, korzystając z mojej obecności, poczuć się lepiej, jedna przed drugą, co było zupełnie irracjonalne. Ale najbardziej to dziko pragnęły wzajemnego upokorzenia. 

No, ale o Boże, patrz na moją rękę, mamuśka, a teraz patrz na swoją, nie widzisz, że twoja jest inna? Jest czarniejsza, czarna, jak sto dziur!

I tak jedna dominikańska Mulatka ciskała drugiej, a druga nie odpuszczając, też wrzucała do pieca, ile mogła. W końcu, aby tę scysję przypieczętować ta bardziej wygadana, kąśliwa jak żararaka rzuciła ostro do swej przeciwniczki, niemalże plując jej żółcią w twarz. 

Jeżeli myślisz, że jesteś lepsza to dawaj, powiedz… perejil, no powiedz to! ¡Di perejil

I tak ze trzy razy to powtórzyła. ¡Di perejil!

Ale tamta, którą miało to sponiewierać, powiedziała perejil pod nosem, jakby do siebie, jakby na próbę i zaraz zamilkła, chociaż mogła przecież odeprzeć atak, mogła ryknąć w przaśnym stylu tej afery, „sama se kurwa powiedz perejil!”. Jednak, nie zrobiła tego, ani niczego podobnego, gdyż ponad perejil nie było już argumentów do użycia w tym sporze. Do tego, rywalka wycofała się z dalszej akcji z uśmieszkiem triumfu. Jak z bicza strzelił nastąpił rozejm, co zdumiało mnie dokumentnie.

Paradoks

To, co wedle mej wcześniejszej wiedzy powinno zabrzmieć tu, jak najgorsza obraza, jak wyrok potępienia, jak coś po czym człowiek już tylko pęka z nerwów, i albo zaczyna tłuc drugiego, dzierżąc w dłoni but z koturnem, albo mu do reszty urąga i grozi zrobieniem najgorszego – zabrzmiało przewrotnie inaczej. Jak trafiony w punkt sytuacyjny gag, który uwalnia towarzystwo od udręki napięcia. I właśnie to słowo perejil, wywołane z taką arogancją w szczytowym momencie sporu, zamiast osłabić doszczętnie przynajmniej jedną z dziewczyn, podziałało na obie, jak wytrych do lepszego nastroju. W rezultacie obie Dominikanki obśmiały się z tej puenty – perejil, aż do przesady. I zawiesiły broń, pozostając tam samo „mulackie”, jak przedtem, jak zawsze. 

Pogodzone zajęły się innymi sprawami. Codziennością. Rybakiem-topielcem ze wsi nad zatoką. Najbardziej – tipsami. U obydwu pstrokate szpony wyglądały na świeżo nałożone. Trzeba je było przepaplać. Ponadto, jedna z nich podróżowała z dzieciakiem, o czym wcześniej nie wspomniałem. Próbowała go teraz zabawiać. Podrzucała maluchem dość ryzykownie, jak wielką lalką, albo przekładała go z kolana na kolano. Przy okazji, maluch ten miał skórę zdecydowanie ciemniejszą od swojej opiekunki, chyba matki i jej koleżanki, z którą chwilę wcześniej tamta szła na udry. Kiedy więc señoritas miały już co robić, ja mogłem pomyśleć. Bo tak, czy inaczej „przypadek perejil”, dał mi porządnie do myślenia. Siedząc tam, na pace terenowego wozu, najpierw w zwykłej roli współpasażera a potem także, jako postronny świadek groteskowego poróżnienia dwóch dominikańskich Mulatek w sprawie stężenia pigmentu w ich skórze, i wreszcie widząc, w jaki sposób osiągnęły one wyż tej całej akcji darcia kotów, zrozumiałem, że mam do czynienia z niebywałym i ponurym paradoksem…

Aby ten paradoks wyjaśnić, wejdziemy w mroki karaibskiej przeszłości, w erę dyktatury Rafaela Leónidasa Trujillo, którą Karaiby zapamiętały dobitnie, i to w sumie erę nie tak odległą, a przynajmniej wciąż bliską w pamięci zbiorowej, bo nie można zapomnieć czegoś, co trwało trzydzieści jeden lat, i odcisnęło swe piętno na wszystkim. Cofając się w tym czasie historycznym do 1937 roku, trafimy na pogranicze stosunków dominikańsko – haitańskich. Pogranicze – w przenośni i dosłownie, bo o to w tym wszystkim chodzi. I wtedy dotrzemy do perejil, do tego koszmarnego słowa-wyroku, które w tamtych dniach pomogło trujillowskim zbirom uskutecznić krwawe żniwo a dzisiaj, po wielu dekadach, wciąż pozostaje niepokojąco dwuznaczne.

To jedno słowo, perejil, mówi tu, na Hispanioli więcej, niż każde inne, bo mówi o ciągle żywotnej, wzajemnej i w ostatecznym rozrachunku fatalnej historii dwóch sąsiadów: Dominikany i Haiti…

Granica

Jak uwiecznił niegdyś Jacques Stephen Alexis, pisarz haitański: „Tego dnia pod gwałtownym deszczem działy się tu rzeczy tak straszne, że w ustach czuło się smak popiołu, powietrze wciągane w płuca było gorzkie, wstyd zalewał serce, życie wydawało się odrażające. Nikt sobie nie wyobrażał, że takie potworności mogą zdarzyć się kiedykolwiek na dominikańskiej ziemi. Wszystko, co szlachetne, czyste i wielkie w duszy prostego, uczciwego ludu, zostało przez Szakala i jego zbirów wywleczone i tarzane w błocie wśród ulewnego deszczu. Dopóki istnieć będzie ta ziemia, zachowa ona ślady po kałużach bratniej krwi, a dzieci tutejsze w przyszłości będą pochylały głowy przed tymi plamami hańby…” *

Podobno Rafael Leónidas Trujillo był podpity, gdy tamtej pamiętnej nocy, w październiku 1937 roku, wydał rozkaz ostatecznego rozwiązania „problemu haitańskiego”. Od chwili pojawienia się na wystawnym raucie, wydanym na jego cześć przez zamożną dominikańską matronę z Dajabón, nie rozstawał się z kieliszkiem. Alkohol był mu potrzebny, i to jak nigdy przedtem, aby się znieczulić, aby już nie myśleć o tym całym paskudztwie, jakiego z narastającą odrazą doświadczał w ostatnich dniach, kiedy osobiście kierował inspekcją terenów przygranicznych.

Zaledwie dwa miesiące upłynęły od jego poprzedniej i – mimo że krajem już władał od siedmiu lat – dokładnie pierwszej wizyty w zachodniej Dominikanie. Trujillo cenił wszelkie wyjazdy w głąb wyspy i nawet dla klimatu zwykłej wsi chętnie opuszczał niespokojną stolicę, przemianowaną rok wcześniej z Santo Domingo na Ciudad Trujillo. Miał wówczas sposobność, aby nieco odetchnąć od bezustannej czujności, do jakiej był zmuszony z powodu aktywnych działań oponentów reżimu. Do przeczulonych uszu Szefa regularnie dochodziły informacje o możliwych próbach spiskowania przeciwko niemu, co w oczywisty sposób zakłócało mu codzienny rytm wykonywania obowiązków dyktatora. Musiał jednak istnieć naprawdę znaczący powód, aby Trujillo zostawił swoją kwaterę główną dla takich odległych miejsc, jak Dajabón. Wcześniej wysłał tam brygadę sprawdzonych tajniaków i ludzi z bronią, aby zajęli się eliminacją wszelkich możliwych zagrożeń, czyhających na jego życie.

Za pierwszym razem chodziło o lustrację postępów w rozpoczętej niedawno budowie Carretera Internacional. Wedle śmiałej wizji Trujillo miała to być popisowa autostrada, biegnąca równolegle do granicy, która połączy południe kraju z północą i tym samym wzmocni pozycję Dominikany w pasie przygranicznym. Obecnie wzywały sprawy równie ważne, a być może i ważniejsze, jakim bezwarunkowo należało się przyjrzeć z bliska, poznać i wysłuchać ludzi, którym te sprawy zatruwają byt i w razie konieczności właściwie zareagować. W efekcie, długa i wyczerpująca konna ekspedycja przy niepewnej, październikowej aurze znacznie pogorszyła nastrój Szefa.

Masowe skargi rozjuszonych rodaków, żyjących w pobliżu granicy z Haiti, od Pedernales przez Elías Piña po Dajabón nie były przesadne, teraz mógł je sam jeden potwierdzić, bo na własne oczy dojrzał, że znajdowały uzasadnienie w realiach. Gdzie Trujillo nie obrócił głowy, tam po drodze, widział masy Haitańczyków, jak przymuszeni pracowali przy wspomnianej Carretera Internacional, co go zdziwiło do żywego; widział, jak pilnowali własnych, coraz liczniejszych domostw, byle jak utrzymywanych w obrębie folwarków albo doraźnie pobudowanych w szczerym polu, widział też ich połyskujące od potu, hebanowe plecy, i naraz wzdragał się, gdy tamci pochyleni, ramię w ramię karczowali w pełnym słońcu kępy buszu pod nowe zagony…

Oni, Szefie, nie uznają granicy, cichcem mijają tutejsze patrole, to po kiego tę cholerną granicę wzmacniałem, słałem tam gwardię i policję, tych nie brakuje Szefie, tych widać na każdym kroku, że czuwają, że pilnują, ale tamci łażą tak nisko przy ziemi, że ich nie można zauważyć, a gdzie cło w takim razie, ja się pytam, gdzie legalne papiery, nie mają żadnych, Szefie, to ich łapać, spisywać i deportować, instrukcje były jasne, i są wykonywane, Szefie, ale tamci nie chcą siedzieć u siebie, bo tam niczego nie ma, Haiti to bieda, dlatego idą tu do nas, albo zawracają, jeden za drugim, przelewają się tu, jak woda przy powodzi, i docierało do Szefa, że to prawda, i że panoszą się wszędzie, i po przedostaniu na stronę dominikańską większość od razu osiada, łapiąc się czegokolwiek ale reszta ciągnie dalej, w dominikański interior na wschód, a potem prosto do Santiago, do San Juan czy do Azua, do miast, które za moment zadławią się obecnością Haitańczyków, gdzie na ulicach nasz język ginie w potokach ichniej barbarzyńskiej mowy, jakby z Afryki, i ta zaraza pleni się szybko i rozchodzi po całym kraju, Szefie, takie są raporty, pisane nie dziś, nie wczoraj, ale już od dawna, znam te przeklęte raporty, i wiem, jak jest niestety, bo tak mówią Szefie, ci których spotkałeś tu, przy granicy, taka jest prawda, że naszym źle z powodu tamtych, nie swoich, to po kiego mnie wzywali do Port-au-Prince, po co robili ze mnie w Haiti wielkiego, kurwa, amigo, z jakim się idzie dogadać, chcę to wiedzieć, po kiego podpisywałem to, podpisywałem tamto, gówna warte klauzule, zafajdane poprawki, granica ma osiem lat, bo tyle ma, prawda czy nie prawda, kurwa, a śmierdzi, jakby jej nie było, z kim robiłem politykę rok czy dwa temu, z prezydentem ichnim, Vincentem, czy nieudacznikiem, którego dzika swołocz ma gdzieś wszelkie prawa, i najeżdża Dominikanę, mój kraj, który znowu muszę, kurwa, zbawić ode złego, tak Szefie, Dobroczyńco Narodu, ta swołocz gwałci naszą suwerenność, naszą wolność i nasze kobiety, z czego nie wiadomo co się potem rodzi, bo ci za bardzo czarni to już nie my, to się musi skończyć, Szefie, bo kraju potem nie poznamy, ty, Stenio Vincent, ty sąsiedzie od siedmiu boleści, prezydenciku, mógłby zagrzmieć Trujillo, puścić w eter całą swoją żółć, no cośmy ustalili, że teraz masz to gdzieś, ty perfidny zaborco, i nawet mógłby Vincentowi otwarcie pogrozić, gdyby ex-okupant Ameryka nie miała dobrze na oku całej Wyspy i nie doglądała co i rusz swego wychowanka, dominikańskiego marines, tego raptusa Trujillo, czy czegoś tam nie mąci na tych Karaibach przypadkiem, a ten by chętnie namącił, i jeśli mnie słyszysz Vincent, pomówmy raz jeszcze, jak, no niech ci będzie, równy z równym, popatrz łaskawie na granicę swego kraju, a lepiej popatrz dalej, poza tę ziejącą dziurę, i każ się swych najeźdźcom zabierać stąd w trymiga, kurwa, albo sam im w końcu pokażę, gdzie ich miejsce…

W kształtującej się ocenie Trujillo granica wytyczona w 1929 roku, po prawdzie za pomocą piór poprzednich prezydentów Dominikany i Haiti, Vásqueza i Borno nie spełniała swojej kluczowej funkcji. Nie potrafiła zastopować przepływu nielegalnych imigrantów, czyli w zasadzie nie była respektowana. Nie pomogły również aneksy, jakie w roku 1935 i 1936 podpisali Trujillo ze Stenio Vincentem, obecnym haitańskim przywódcą, mające zagwarantować wyraźnie oddzielenie jednego państwa od drugiego. Układ stanowiący granicę okazał się być może porozumieniem dobrym, tyle że jedynie na płaszczyźnie dyplomacji. To co zostało wykreślone na papierze, nijak się miało do rzeczywistości, w jakiej od kilku lat funkcjonowały „nowe” przygraniczne społeczności dominikańsko – haitańskie, wcześniej od dekad wymieszane, dwujęzyczne (tzw. rayanos) i związane wspólnym handlem, przemytem i ogólnie mniej lub bardziej łaskawym losem. Dla nich niewiele się zmieniło, poza jednym. Pojawił się dylemat narodowościowy.

W rezultacie po stronie dominikańskiej znalazło się po pierwsze, wielu, de facto obcokrajowców, jacy nie przestali przecież mówić po kreolsku na żądanie, i po drugie wielu obywateli, mówiących w tym języku równie dobrze, jak po hiszpańsku, którzy mogli należeć tak samo do Haiti, jak i Dominikany, i to bez względu na kolor skóry, jaki niestety w nowych warunkach bytowych stanowił już silną bazę do identyfikacji przynależności, nie tyle rasowej, co narodowościowej, często identyfikacji zdawkowej, przez co po wielokroć do cna błędnej. Obaj panowie rządzący ewidentnie nie czuli konsekwencji tego, tak czy inaczej, zgubnego wdrożenia sztucznych granic. Trujillo wydawał się nie mieć o tym pojęcia, albo grał ignoranta celowo. W każdy razie, widział jedynie to, co miał przed oczami, a miał tam, u siebie, spory kawałek Haiti.

Rzeka Masakra

Jednak wielu Haitańczyków przybyło do jego kraju znacznie wcześniej, niekoniecznie z ostatnią falą nielegalnej imigracji. Przybyli jeszcze przed 1929 rokiem, kiedy dominikańskie plantacje trzciny cukrowej, zarządzane przez wielkie amerykańskie cukrownie, szukały taniej siły roboczej. Dla rzeszy bezrobotnych mieszkańców Haiti ogromne areały tego słodkiego badyla po sąsiedzku, szczególnie we wschodniej Dominikanie, stanowiły niejako ziemię obiecaną, do której należało dotrzeć. Poza tym, na światowym rynku cukru panowała hossa, co po uwzględnieniu sezonowości zbiorów, i tak gwarantowało ciągłość pracy. Potem nastąpił pamiętny czarny-październikowy-czwartek na Nowojorskiej Giełdzie a wraz z nim krach 1929 roku i w rezultacie kryzys, jaki niechlubnie pokrył praktycznie całą dekadę lat trzydziestych.

Ceny cukru runęły niemal do samego dna a Haitańscy macheteros przestali być potrzebni na plantacjach. Nie widząc jasnej przyszłości we własnej ojczyźnie, nie zamierzali tam wracać. Zamiast tego decydowali się pozostać w Dominikanie i bądź to próbowali szukać czegoś, co im zapewni przetrwanie w inny sposób, bądź żyjąc na krawędzi ludzkiej godności, czekali jedynie na to, co przyniesie los. Dla wielu z nich los zgotował potem koszmar…

Szef, przemierzając konno zachodnią Dominikanę, nieprzerwanie wysłuchiwał co wieczór, i po nocach – mądrości koniunkturalnych „doradców”, „analityków sytuacji”, czy innych okazjonalnych „radykałów” spośród popleczników, jacy tworzyli jego świtę w czasie inspekcji, a za dnia – niezliczonych lamentów bezradnych rolników i właścicieli podupadłych rancz oraz innych majątków, i był zaskoczony do reszty, że to właśnie bydła prawie w ogóle nie mógł dostrzec, za to widział w dolinach nietknięte połacie zielonej trawy.

Gdzie są stada, ja się pytam, Dominikana żyje z bydła a tu pastwiska dziczeją, bo oni Szefie, rozkradają co nasze i krów nie idzie się już doliczyć, bo one znikają tak, jak tamci przychodzą, i biorą naszą ziemię, aby tu żyć, i naszym kosztem mają z tej ziemi więcej, i pracują tam, gdzie my już pracować nie możemy, bo nie ma jak…

Umysł Szefa, podsycony świeżym ogniem podłych reminiscencji, wciąż kipiał. Dlatego, w Dajabón Trujillo gasił go rumem, nie marnując kolejek. Zanim jednak grupa inspektorów wjechała do tego miasta, ostatniego celu ich roboczej ekspedycji, by później zakończyć dzień na suto zakrapianym bankiecie, Trujillo zarządził dodatkowy postój na łonie natury, nieopodal brzegu Río Masacre.

Rzeka, mimo swej nazwy, należała do łagodniejszych w kraju, i raczej od zawsze sprzyjała masowym przeprawom wpław. Nie wciągała ofiar w bezdenną otchłań, bo nawet w porze deszczowej była na to zbyt płytka, nie zabijała rwącym nurtem, tylko niezmiennie toczyła swe niewinne wody po ziemiach prowincji Dajabón, aż do Zatoki Manzanillo, gdzie wpadała do Atlantyku. Jej koryto na kilku odcinkach niemal idealnie pokrywało się z granicą, jaką osiem lat wcześniej uzgodniono, aby formalnie oddzielić od siebie państwa Haiti i Dominikanę. W czasach kolonialnych Río Masacre spłynęła krwią osadników, dlatego ochrzczono ją potem tak „zabójczo”. Zanim, na mocy Układu z Aranjuez, oficjalnie uznano w 1777 roku francuską kolonię Saint-Domingue w obrębie Hispanioli, Francuzi i Hiszpanie żyli na krawędzi wojny.

Pierwsi z nich przepychali nieoficjalne granice w głąb terytorium sąsiada, gdyż brakowało im obszarów produkcyjnych dla pomnażania zamorskiego bogactwa. Drugim przede wszystkim zależało na tym, aby sukcesywnie wyeliminować obecność tych pierwszych na Wyspie. W 1728 roku, nad brzegiem Guatapana, rzeki o imieniu pochodzącym z języka rdzennych Taino wybitych prawie doszczętnie u zarania konkwisty w XVI wieku, hiszpańscy soldados zmasakrowali trzydziestu francuskich piratów – zwanych boucaniers. Wtedy rzeka zabarwiła się na czerwono i na cześć zabitych zyskała nowe miano.

Trujillo przypomniał sobie o tym historycznym fakcie, gdy w mętnym, piaskowym brodzie dojrzał haitańskie dzieciaki, taplające się w zapomnieniu, co i rusz besztane, pewnie przez matkę, wyżymającą górę prania.

Tymczasem zza wzgórza wyszło trzech dorosłych mężczyzn z maczetami w dłoni, powłócząc nogami, jakby po skończonej pracy w skwarze południa. Różnili się kolorem skóry. Pierwszy był niezbicie Mulatem, pozostali dwaj czarni. Wbrew zmęczeniu ochoczo gawędzili. Mówili po kreolsku, a gdy Mulatowi zdarzyło się wtrącić co nieco po hiszpańsku, reagowali w tym właśnie języku. Jeden z czarnych, gdy stanął na brzegu od razu porzucił narzędzie i wskakując do wody, zbliżył się do rozweselonej dziatwy. Był im wyraźnie bliski, być może, jako ojciec, albo starszy brat. Drugi czarny zauważył Trujillo stojącego w polowym mundurze w cieniu drzewa i odruchowo ścisnął rękojeść maczety. Raczej nie mógł rozpoznać dominikańskiego Wodza, za to mimo odległości poczuł na sobie jego świdrujące spojrzenie. Pozostał jednak niewzruszony. Ou byen?, spytał go Mulat, czy dobrze z nim. Sí, todo bien, odparł mu tamten, że tak, że dobrze.

To przez tę cholerną rzekę tak łatwo się tutaj dostają, pomyślał rozsierdzony Trujillo, łykając rum i zagryzając kawałkiem langusty, lepiej niech dobrze zapamiętają jej nazwę! Ogrodzimy ją, albo nie, kurwa, w diabły wysuszymy, zasypiemy i postawimy mur, zatkamy to wszystko betonem, szczur nie przejdzie przez Río Masacre!

Do żniw!

Prymitywne zalewanie robaka nie pasowało do jego stylu, chyba że robak ten spuchł do rozmiarów Haitańczyka. Wódz raczej wymownie gardził pijatykami, kiedy łatwo o kompromitację, i różne głupstwa, których nie tolerował, ganiąc wszelkie przejawy degrengolady. Jeśli gustował w alkoholu, to bardziej w koniakach najlepszego sortu, i to w niewielkiej ilości. Nierzadko wychodził z bankietów, nim podano mocniejsze trunki, zostawiając towarzystwo samopas. Słynął za to z upodobania do uciech cielesnych innego rodzaju, najchętniej z młódkami, które niecnie wykorzystywał w ulubionej willi Casa de Caoba w San Cristóbal, wzmagając swą reputację „Kozła”.

Jednak tamtego wieczoru Trujillo miał wypić sporo, i to dokładnie czystego, dominikańskiego rumu, słodkiego, zawsze dobrego, ale jakże zdradliwego, i wlewał go w siebie tak, jakby szukał wzmocnienia przed tym, co go nieodzownie czekało, i to jeszcze tej nocy, i pił wraz ze swoimi oficerami podczas fety wieńczącej trudy przygranicznej wizytacji. Niedługo potem Zbawca Ojczyzny był już gotowy i zrobił to, co musiał zrobić, aby ratować Republikę Dominikańską przed inwazją „afrykańskich hord”. Dał wojskowym przyzwolenie na rozpoczęcie El Corte, czyli „żniw”, bo taki alias zyskała operacja, która miała jeden tylko cel: metodycznie zgładzić wszystkich Haitańczyków w Dominikanie. Życie mieli zachować jedynie ci, których na plantacjach zatrudniały amerykańskie kompanie cukrownicze…

W niezmiennie miłej atmosferze tamtej uroczystości w Dajabón Trujillo powiedział do zgromadzonych: 

Już wiem o tym, że Haitańczycy okradają naszych rolników z żywności oraz bydła. Wiem o tych grabieżach od was, obywatele Dominikany. I odpowiem wam, co zrobię. Rozwiążę ten problem! Zresztą, to się już dzieje. W Bánice zabito dotąd ze trzystu Haitańczyków. I to rozwiązanie będzie kontynuowane!”.**

I tu uderzył pięścią w stół… 

Chwilowe napięcie, wywołane przemową Szefa, nie zakłóciło dalszego ucztowania a nawet je wzmogło.

Regularne masakry rozpoczęły się o północy…

Maczety

Mówi Cocozumba, Dominikańczyk, z powieści „Generał Słońce”: „W samym tylko Dajabón, powiadają ludziska, wymordowanych jest blisko dziesięć tysięcy… W naszych stronach każdy boi się gadać, ale na pewno będzie tego u nas tysiące i setki… Kiedym jeszcze ścinał trzcinę, znałem Haitańczyków. Och, może z nich i zawadiaki, ale ludzie „całą gębą”. Nigdy nikomu nie wadzą… I jego także znałem… Trujilla, znaczy się… Matkę ma uczciwą kobiecinę a sam taki hultaj… Teraz jest generalissimusem, prezydentem i Bóg wie, czym jeszcze… Wstyd dla nas wszystkich. Złodziej i dziwkarz… żeby tak na zimno wymordować dziesiątki tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieciaków. Trzeba mieć ostatnią kurwę za matkę chrzestną, a za ojca brudnego wieprza, żeby coś takiego wymyślić i zrobić…”*

Przede wszystkim w ruch miały pójść maczety, a nie kule. Poza tym noże, łopaty i kilofy oraz pozostałe narzędzia, które mogły hurtowo i skutecznie zastąpić broń palną. Nie z oszczędności lecz z wyrachowania, dla zatarcia śladów. Dominikańczycy są z natury raczej rozrzutni, poza tym Trujillo uważał, iż na wroga nie szczędzi się  amunicji. A wrogiem numer jeden byli wtedy Haitańczycy, których w końcu należało się pozbyć. I zapewne plan ich metodycznej eksterminacji na terytorium Republiki Dominikańskiej byłby zrealizowany szybciej i sprawniej, gdyby normalnie użyto karabinów, z ogniem a nie tylko z bagnetem, co zostało jasno przykazane. Chodziło bowiem o stworzenie pozorów, o zadanie, jak najwięcej ran kłutych, głębokich, śmiertelnych, za pomocą każdego dostępnego, ostrego żelastwa.

Wiadomo, że kule zostawia ten, kto strzela, a w państwie politycznego ucisku z reguły strzela wojsko, albo milicje i bojówki na usługach bezpieki. Nie mówiąc o zwykłych kryminalistach, wspieranych po cichu przez reżim, dobrze uzbrojonych i złączonych w siejące pogrom szwadrony śmierci. Gdyby więc jakiekolwiek przecieki o masowej rzezi, z udziałem zarówno regularnych oddziałów wojskowych, jak i paramilitarnych wyszyły poza Dominikanę, czego się obawiano, wywołałby to od razu międzynarodowe reakcje i pogrążyło dyktaturę w oczach świata. Toteż dla zagwarantowania sobie niejako „linii obrony” Trujillo zarządził, aby rzeź wyglądała na spontaniczny chłopski zryw, tak jakby zdesperowani dominikańscy chłopi wzięli sprawy w swoje ręce, i sami zajęli się „problemem haitańskim” na swym terenie, masakrując sprawców własnej niedoli, bez jakiejkolwiek wiedzy i przyzwolenia władz.

Wtedy Trujillo pomyślał o żniwach tak, jak się o nich myśli na Karaibach od zawsze. Pomyślał o plantacji, o trzcinie cukrowej, o pracującym tam niegdyś czarnym niewolniku, a teraz Haitańczyku, i wreszcie o narzędziu bez którego trzciny się nie zetnie, o maczecie, której Haitańczyk na co dzień używa. Potem w głowie Trujillo zrodziła się alegoryczna wizja jego własnych, krwawych żniw, nazwanych później, nie inaczej – El Corte, i tak plantacja stała się Dominikaną, trzcina cukrowa Haitańczykiem, a maczeta w końcu trafiła we właściwe dłonie…

W ciągu trzydziestu sześciu godzin od momentu wydania przez Trujillo w Dajabón rozkazu zgładzenia Haitańczyków, horror masowego zabijania ogarnął niemal cały kraj, od zachodu po jego wschodnią cześć, z Półwyspem Samaná włącznie. Przeważającą liczbę wstrząsających zbrodni popełniono jednak na obszarach przygranicznych oraz w przyległym do nich regionie El Cibao, gdzie w samym Santiago de los Caballeros, drugim co do wielkości mieście Dominikany, w bestialski sposób stracono ponad tysiąc Haitańczyków, w tym także ucinając im głowy. Dokonali tego „działający w przebraniu” rządowi gwardziści. Sfory rozpitych tanim rumem i rozjuszonych żołnierzy wpadały raptem do siedzib Haitańczyków, po czym natychmiast mordowali wszystkich, jednego po drugim, całe rodziny. Ścinano dzieci na oczach matek, żony na oczach mężów, w powietrzu nieprzerwanie świstały maczety a krew zalewała bruki, uwalniając duszący, miedziany odór śmierci.

Ale nie zawsze zabijano Haitańczyków od razu tam, gdzie zostali schwytani podczas obławy. Sugerowano im wtedy, że jeszcze pożyją, a jedyne co ich czeka, to bezwarunkowe wydalenie z Dominikany. Nieco uspokojeni tym, że jakimś cudem ominęło ich najgorsze, bez większych podejrzeń poddawali się procedurom deportacyjnym, zainicjowanym przez wojsko i straż graniczną. Okazało się to jednak ponurą fikcją, dzięki której Trujillo i jego poplecznicy mieli zyskać dodatkowe alibi. Po wykonaniu papierkowej roboty, kiedy już dominikańskie władze miały wyraźny dowód na to, że nielegalni imigranci zostali, nie inaczej jak po ludzku i w zgodzie w prawem wysłani z powrotem do Haiti, przystąpiono do dalszych kroków. Wszystkich, wcześniej spisanych Haitańczyków zabierano w odludne miejsca i pod osłoną nocy masakrowano do ostatniego. Ich ciała przewożono następnie na wybrzeże, w okolice Montecristi, a tam wrzucone do Atlantyku, miały być pochłonięte przez ławice rekinów.

Ponoć, kurz przygranicznych dróg, którymi organizowano transport w kierunku oceanu, mieszał się ze strumieniami krwi, wyciekającej z ciężarówek, wypełnionych makabryczną zawartością. Wiele z tej krwi spłynęło do pobliskiej Río Masacre, gdzie łączyła się z krwią innych Haitańczyków, zabitych tu w czasie rozpaczliwej próby ucieczki wpław. Po raz drugi w historii nurt rzeki nabrał szkarłatnej barwy a jej nazwa stała się sugestywnie wzmocnionym symbolem tragedii.

Perejil, co po hiszpańsku oznacza "pietruszka"

To słowo zabijało

Jacques Stephen Alexis pisze: „Rzucili się ku nim gwardziści i zaczęli wyrywać im z rąk narzędzia pracy – maczety. Popychani ze wszystkich stron, ludzie zbili się w ciasną gromadę. Nikt nie miał już wątpliwości: byli w pułapce. Oficer kazał wystąpić wszystkim obywatelom Dominikany. Mówił ostrym tonem. Nie było innej rady. Należało posłuchać, aby nie dawać pretekstu do wystąpień pijanej bandzie żołdaków, która poruszała się niby bestia groźna, wyjąca, z ogłupiałą gębą rozjaśnioną dzikim zadowoleniem z własnego okrucieństwa. Waląc kolbami, żołnierze oddzielili od reszty grupę Dominikańczyków, zebraną na brzegu drogi. Oficer w otoczeniu kilku żołnierzy wygłosił krótkie przemówienie. Potem kazano Dominikańczykom przedefilować; każdy przechodząc obok oficera musiał wymówić słowo: perejil…”*

To hiszpańskie słowo – perejil – czyli zwykła „pietruszka”, stało się synonimem czystki etnicznej, wyroku, jaki Trujillo wydał na Haitańczyków w październikową noc 1937 roku.

W ciągu tamtych dramatycznych dni, wielokrotnie dochodziło do sytuacji, w których rozpanoszeni wszędzie mordercy, stając oko w oko ze swą potencjalną ofiarą, osaczoną gdzieś na ulicy albo nawet w szczerym polu, nie byli w stanie od razu ocenić, czy to obywatel Haiti, czy Dominikany. Niepewność dotyczyła koloru skóry. Dominikańczycy bywają zwykle Mulatami ale i pośród Haitańczyków występuje wielu równie jasnych. Z kolei Haitańczycy bywają zwykle czarni, ale i pośród Dominikańczyków występuje wielu im podobnych.

Chwilowy dylemat gwardzisty czy najemnika z uniesioną maczetą, sprowadzał się więc, z jednej strony do ryzyka nieopatrznego zabicia rodaka, czy rodaczki, a z drugiej – do ryzyka niezabicia Haitańczyka czy Haitanki. Innymi słowy, musiała istnieć jakaś prosta i skuteczna metoda trafnej klasyfikacji przynależności narodowościowej u podejrzanych Mulatów, schwytanych między czarnymi oraz podejrzanych czarnych, schwytanych między Mulatami. Problem raczej nie istniał w trakcie pustoszenia okolic, znanych głównie ze skupisk haitańskich domostw. Wtedy bez wahania ścinano każdego, za porządkiem, bo każdy wyglądał na czarnego Haitańczyka i nikt nie myślał o czarnych Dominikańczykach, mimo, że tacy się przecież zdarzali. Poza tym druzgotano mieszane, haitańsko-dominikańskie małżeństwa, jakich także nie brakowało, choćby w zachodniej Dominikanie; ginął zatem mąż Haitańczyk, ginęła żona Haitanka, a rozpoznanych Dominikańczyków, nagle owdowiałych puszczano wolno.

Trujillo ze swymi aparatczykami przewidział zawczasu „kłopotliwą” kwestię właściwego rozróżniania, kto jest kim i szybko znalazł dla niej rozwiązanie. W dalszej kolejności wojskowi egzekutorzy otrzymali jasne pouczenie, jak mają zadziałać, kiedy zabraknie im pewności przy selekcji kandydatów do egzekucji. Co więcej, zdarzało się iż żołdacy biorący udział w łapankach, oprócz maczety nosili ze sobą… witkę pietruszki, i korzystali z niej w razie konieczności, w dość kuriozalny sposób. Otóż, siepacze Trujillo stosowali ponurą „magię”, tak zwanego szyboletu, czyli znaku rozpoznawczego, słowa-klucza, które zawiera specyficzną dla danego języka głoskę, jakiej cudzoziemiec, obcy albo wróg nie potrafi poprawnie wymówić…

Szybolet, czyli językowy test

Szybolet (z hebr. szibbōlet, „kłos”) wywodzi się z Biblii i jest o nim mowa w dwunastym rozdziale Księgi Sędziów, traktującym o wojnie między Efraimem a Gileadem, którą przegrały plemiona Efraimitów. Ci z Efraimitów, którym udało się przetrwać, próbowali podszyć się pod swych wrogów, przekroczyć rzekę Jordan i wrócić na własne terytoria. Zostali jednak zdemaskowani i zabici. Zdradził ich błąd przy wymawianiu słowa „szibbolet”.

W języku hiszpańskim, w Dominikanie, takim testem lingwistycznym – szyboletem, przeciwko haitańskim imigrantom było słowo perejil. I tutaj podobnie, pozytywny wynik testu oznaczał życie, negatywny – natychmiastową śmierć. Kiedy gwardziści Trujillo nie wiedzieli, z kim mają do czynienia, sprawdzali to w dwojaki sposób. Albo potrząsali przed oczami zatrwożonego nieszczęśnika wiechciem pietruszki i pytali ¿Qué es esto?, „Co to jest?”, albo od razu kazali mu powiedzieć „pietruszka”, ¡Di perejil!. Los człowieka w obu przypadkach zależał od tego, czy prawidłowo wymówił słowo perejil lub czy w ogóle je wymówił…

Haitańczyk, który przecież mógł hiszpańskiego nie znać nic a nic, ale jakoś pojął, że dominikańskiemu oprawcy, ściskającemu maczetę, chodzi o nazwę warzywa, nie kombinował, tylko machinalnie odpowiadał po swojemu, pewnie po kreolsku – pèsi. I został ścięty. Inny Haitańczyk, który mówił już trochę po hiszpańsku, i być może nawet wiedział, że chodzi o perejil, i tak w odpowiedzi użył kreolskiego, bo tylko na to go było stać w ogromnym stresie i panice. Został ścięty. Kolejny Haitańczyk, który rozumiał hiszpański, bo przebywał w Dominikanie od dawna, albo wcześniej mieszkał w rejonie przygranicznym po stronie Haiti i mówił po hiszpańsku równie dobrze, jak po kreolsku, bez problemu mógł więc, czy to powtórzyć – „pietruszka” – za gwardzistą , czy też dać właściwą odpowiedź, w języku, w jakim tamten zadał pytanie. I odpowiedź dał. Po czym został ścięty. Niefortunnie, w słowie perejil (wym. perehil) zgubiła go głoska „r”.

Haitańczycy, mówiąc po hiszpańsku z kreolskim akcentem, nie radzą sobie z charakterystycznym, drżącym brzmieniem tej właśnie głoski, nie potrafią jej płynnie wymówić. Spotykając w Dominikanie imigrantów z Haiti, szczególnie w Santo Domingo, i z długą praktyką na obczyźnie, nie zawsze od początku miałem pewność, że to oni. Bywało, że mylił mnie kolor ich skóry. Wystarczyło jednak, że użyli przy mnie hiszpańskiego, i to całkiem poprawnego, a nie miałem już wątpliwości. W 1937 roku Haitańczyk tracił życie, ponieważ w czujnych uszach żandarma, zamiast perejil, wybrzmiewało coś wyraźnie płaskiego, coś pomiędzy „pe-he-żil” a „pe-we-żil”. O niezwłocznym wykonaniu wyroku decydowały w zasadzie dwie pierwsze sylaby…

Tę śmiercionośną komendę żandarmów, ¡Di perejil!, czyli „Powiedz pietruszka!” warto jeszcze lingwistycznie przeanalizować. W dominikańskim wariancie języka hiszpańskiego słowo perejil mogłoby zyskać, co najmniej trzy różne brzmienia, w zależności od regionu kraju. Jeśli pytanie padło na zachód od Santiago de los Caballeros, gdzieś w Dolinie Cibao, gdzie masakry miały intensywny przebieg, ofiary mogły raczej usłyszeć ¡Di peiejil! (wym. pejehil). Występuje tu dość popularna zamiana „r” na „i”. Dlatego na przykład w Santiago słychać, poi favoi zamiast por favor („proszę”), albo mi amoi zamiast mi amor („kochanie moje”).

Jeśli potencjalnego Haitańczyka osaczono w ulicznym zaułku Santo Domingo, albo w okolicach dominikańskiej stolicy, to pewnie usłyszał ¡Di pelejil! (wym. pelehil). W tej części kraju powszechnie zamienia się „r” na „l”, i można wyłapać, że por favor brzmi, jak pol favol, a mi amor, jak mi amol. Chyba, że powie to ktoś, kto akurat odwiedził stołeczne miasto, przyjeżdżając z El Cibao…

Z kolei podczas obław w południowo-zachodniej Dominikanie, Haitańczyk byłby zmuszony powtórzyć ¡Di perejir! (wym. perehir). Tutaj „l” przechodzi w „r”, czyli odwrotnie niż w Santo Domingo…

Jacques Stephen Alexis pisze: „Porucznik rzucił nowy rozkaz, aby pobudzić do działania swoich ludzi, którzy teraz, w obliczu rzezi, stracili poprzedni ferwor. Własnoręcznie, jednym dźgnięciem sztyletu w serce, dobijał rannych, potem odwracał trupy nogą. Podkomendni wzięli przykład z dowódcy. Któryś z robotników uniósł się wsparty na boku i ryknął ile sił w płucach: – Mordercy! Mordercy! Słowa zamarły mu w gardle. Dobił go sztylet oficera. Ale już inny, jakiś rudzielec trzymający się za rozszarpany brzuch, zaczął krzyczeć: Perejil! Perejil! Perejil! Czyżby to był obywatel Dominikany? Porucznik podszedł bliżej, zamierzył się, i nieszczęśnik znieruchomiał na zawsze…”*

Nietrudno wyobrazić sobie, że tego rodzaju zróżnicowanie językowego akcentu w relatywnie niewielkim kraju, szczególnie w tamtym dniach terroru i zmasowanego napięcia, w czasie popłochu i powszechnej trwogi, mogło przełożyć się na skutki, jakie bezpośrednio i dobitnie odczuli, zarówno Haitańczycy, mordowani systematycznie, oraz Dominikańczycy, których mordowano przez pomyłkę, ale i z premedytacją, w celu zgładzenia niewygodnych świadków masakry, jakiej mogli dać potem świadectwo…

Mówi Hilarion, Haitańczyk, z powieści „Generał Słońce”: „…To, co nam zrobili złego… nie mogę ci przysiąc, że zapomnę, nie potrafiłbym chyba nigdy… Ale jeśli z życiem ujdziemy, nigdy nie pominę okazji, żeby powiedzieć, jak wiele niektórzy Dominikańczycy zrobili, aby nas ratować…”*

Perejil

Masowe mordy trwały tydzień, od 2 do 8 października 1937 roku, kiedy sam Trujillo oficjalnie nakazał je wstrzymać. Nieoficjalnie, trwały o wiele dłużej… Wtedy też porzucono maczety a załadowano karabiny, i kontynuowano czystki w sposób bardziej „wydajny”. Szacunki, co do ofiar są bardzo różne. Źródła podają, że zginęło od kilku do kilkudziesięciu tysięcy Haitańczyków…

Wielu z nich nie potrafiło wymówić perejil

Dwie młode Mulatki, Dominikanki, które spotkałem jadąc na pace terenowego wozu, i które poniekąd zainspirowały mnie do przybliżenia tu mrocznego wycinka dominikańsko-haitańskiej historii, wymawiały perejil bezbłędnie, jednocześnie otwarcie drwiąc z tego, co ponad siedemdziesiąt lat wstecz stanowiło efemeryczną granicę między życiem a śmiercią. Wygląda na to, że ta granica nadal istnieje, tyle że dzisiaj perejil nie zabija dosłownie, za to niejednokrotnie dzieli mikroświat Hispanioli na lepszych i gorszych…

 


* Cytaty pochodzą z powieści: Jacques Stephen Alexis „Generał Słońce”, w tłumaczeniu Małgorzaty Hołyńskiej, wydanej nakładem wydawnictwa Czytelnik w 1958 roku.

** Sparafrazowana wypowiedź Trujillo pochodzi z: Michele Wucker „Why the cocks fight. Dominicans, Haitians and the struggle for Hispaniola”, Hill and Wang 1999.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *