Kulawy złodziej

Któregoś dnia, zaraz po opuszczeniu redakcji, w której pracowałem dla Jorgego, planowałem ruszyć do Boca Chica. To dość znane miejsce, niezbyt daleko od Santo Domingo, znane z rozrywek wszelkiego sortu. Jedzie się tam z miasta samym brzegiem Morza Karaibskiego, autostradą Las Americas. Boca Chica chwali się dobrą plażą. Można tam zjeść rybę, wypić drinka, czasem dostać po gębie. Gości sporo cudzoziemców, polujących na miejscowe chicas. Trochę się wahałem, bo psuła się pogoda. Od rana było pochmurno, duszno, zanosiło się na deszcz. Każda plaża, choćby najbardziej bajeczna zmienia się podczas ulewy w smutny padół. W tropiku najbardziej nie znoszę takiego ciemnego, ciężkiego nieba wiszącego godzinami na światem. Co innego przelotne ulewy, te lubię, są krótkie, intensywne i odświeżające, trwają około… dwóch piw w najbliższym barze.

Minibusa, czyli typową dominikańską „puszkę sardynek”, zwaną guagua złapałem gdzieś przy Parque Independencia. Ta sunęła wolno, była dopiero w połowie wypełniona, wciąż zbierała pasażerów. „Łapacz” wydzierał się na wszystkie strony, podając nazwę miejsca docelowego i kilka kluczowych punktów na trasie. Ludzie dosiadali się stopniowo.

Kiedy przebijaliśmy się przez ścisk aut i pieszych, w rewirach Małego Haiti, usadowił się koło mnie facet o niezbyt przyjemnej aparycji. Wypisz wymaluj, notoryczny bandzior. Zapatrzony w mrowie sprzedawców na targu, przeoczyłem moment, kiedy wsiadał. Miał w sobie coś niepokojącego. Błyszczał od potu, zalatywał tanim tytoniem, psuły mu się zęby. Głęboka szrama w kształcie sierpa pod jego okiem tylko wzmagała moje złe odczucia. Nieco mi ulżyło, gdy się ze mną przywitał i po ludzku zagadał, co słychać. Napięcie jakoś zeszło. Co więcej, wtedy zauważyłem, że to inwalida. Z boku trzymał drewniane, dość zużyte kule, owinięte szmatami, by się wygodniej nosiło. Poprosił, bym bardziej uchylił okno. Próbowałem kilka razy, lecz bez skutku, okno się zablokowało. Uznał, że sam to zrobi.

Przysunął się do mnie, jak najbliżej, złapał za uchwyt przy szybie i tak się zaparł, tak się jakoś wyprężył, i tak mnie do ściany docisnął, że prawie mi tchu zabrakło. Za to okno wreszcie odpuściło i zaraz mieliśmy lepszy przewiew.

Inwalida nie jechał do Boca Chica. Wysiadł za mostem Ramóna Matíasa Melli, we Wschodnim Santo Domingo. Potem mijaliśmy duże targowisko. Zrobił się beznadziejny korek. Zupełny bezruch. Z prawej strony dochodził rozpaczliwy lament, jacyś ludzie przekrzykiwali się wzajemnie, machali rękami, przepychali się, niektórym puszczały nerwy. Przyjechała policja na sygnale. Dwa radiowozy ledwo wyhamowały przed pierwszymi z brzegu straganami. Kilka minut wcześniej na targowisku zabito dwie osoby. Zastrzelono dwóch handlarzy. Ponoć jakieś gangsterskie porachunki. Dołączyła do nas Mulatka w średnim wielu, blada z przerażenia. Od niej usłyszeliśmy, co zaszło. Widziała tych zabitych. Była zszokowana ilością krwi. W końcu guagua ruszyła dalej. Korek ustąpił. Pasażerowie siedzieli przez dłuższą chwilę w milczeniu. Potem znowu się rozgadali, a kierowca puścił merengue. Taki jest tamten świat. Życie. A zaraz obok śmierć. Lecz przede wszystkim życie…

Dojechałem do Boca Chica i wtedy wszystkiego mi się odechciało, Zaczęło lać, chmura się urwała. Łażenie po tej mieścinie, jak i po plaży straciło sens. Mogłem nie wyjeżdżać z Santo Domingo. Kiedy przeszło, chciałem natychmiast wracać. Nawet piwa nie dokończyłem. Zrobiłem jedynie parę zdjęć, w pośpiechu, bez wyrazu. Spojrzałem na jakieś mizerne podróbki haitańskiego malarstwa. Sprzedawca nie pytał, że czy mnie to interesuje, czy chcę cokolwiek kupić, był zajęty jedzeniem. Nieźle pachniało.

W drodze powrotnej rozpadało się jeszcze bardziej. Siedziałem jakiś przygnębiony przy zaparowanej szybie. Do stolicy wjeżdżaliśmy w potokach deszczu. Na wysokości tego samego targowiska, gdzie wcześniej rozegrał się dramat, bura woda zalewała koła naszej guaguy, zmieniając ją prawie w amfibię. Wysiadłem na Avenida Mexico. Brocząc w kałużach, szukałem casa de cambio, czyli kantoru. Zamierzałem sprzedać dolary, gdyż ostatnie pesos wyszły mi na kurs z Boca Chica. Potrzebowałem pesos. Znalazłem kantor. Sięgnąłem do bocznej kieszeni spodni, by wydobyć trochę „zielonych” na wymianę. Nie było ich tam. Nie było ich w żadnej innej kieszeni. Ani w spodniach, ani w koszuli. Każdą przegrzebałem. Zajrzałem też do plecaka. Na próżno.

Dobrze wiedziałem, że dolary musiałby leżeć dokładnie w spodniach, bo rano je tam wcisnąłem, zabezpieczyłem. Ta kieszeń był pewna. Dotąd mnie nie zawiodła. A jednak dolary zniknęły. Rozpłynęły się w powietrzu. Albo… wziął je ten rzekomy inwalida z blizną pod okiem. On je wziął, łajdak. Później to do mnie dotarło. Padłem ofiarą kulawego złodzieja.

W tej sytuacji brakowało mi forsy na jakikolwiek transport do hotelu. Ze starówki do dzielnicy Bella Vista jest spory kawałek. Na trasie krążą carros públicos. Mogłem iść na piechotę i pewnie bym kiedyś zaszedł, może przy pewniejszej pogodzie. Musiałem znaleźć inne rozwiązanie. Żebranie odpadało. A może powinienem spróbować, zważywszy na to, że przemoczony, jak szczur, prezentowałem się znacznie gorzej, niż większość tych wszystkich „dziadujących”, którzy zazwyczaj próbowali ode mnie co nieco wyciągnąć. Wpadłem na inny pomysł.

Poszedłem poprosić o kilka pesos pożyczki pewną starszą señorę, która parokrotnie sprzedawała mi empanadas i soki ze świeżych owoców. Ostatnim razem piłem u niej sok z tamaryndowca. Pamiętała mnie. Nie musiałem jej dwa razy powtarzać, co mnie spotkało. Dała mi od ręki czterdzieści pesos. Starczyło, by dojechać do hotelu, by zakończyć ten feralny dzień. Nazajutrz zwróciłem jej dług. I znowu napiłem się soku. Z guajawy. I coś tam przekąsiłem, ku radości starszej pani. Dominikańczycy to wspaniali ludzie, mimo wszystko.

Print Friendly, PDF & Email
Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *